
– Wchodzić! – odpowiedziano ze środka po norwesku.
Poczuł zapach śmierci, potworną woń rozkładającego się ciała. Przez chwilę stał w progu, nim zdecydował się go przestąpić. Hansen siedział przy pacjencie na niewielkim taborecie. W głębi pokoju przy stoliku starszy wiekiem lekarz napełniał strzykawkę białym, mętnym płynem.
Spoczywający na łóżku chory zacisnął zęby. Doktor podszedł, odsłonił kawałek kołdry i zręcznie wkłuł się w grubą żyłę na ramieniu. Skórzewski przez chwilę widział dłoń umierającego, pozbawioną palców, pokrytą guzami i przebarwieniami. Tkanki rozpuszczały się, rany zabliźniały z trudem. Trędowaty przymknął oczy, a po kilku minutach na jego twarzy odmalowała się ulga. Dopiero teraz Polak zauważył, że obaj lekarze założyli na ręce cienkie, niciane rękawiczki.
– Daniel Danielsen – przedstawił się siwy mężczyzna, odkładając strzykawkę na stolik. – Wybaczy pan, panie kolego, że nie podaję ręki, ale przy naszej specjalności gest ten dziwnie wychodzi z użycia. – Mówił zabawnie po niemiecku, przeciągając i zmiękczając niektóre końcówki.
– Paweł Skórzewski. – Uśmiechnął się gość.
– Morfina – wyjaśnił Hansen, widząc pytające spojrzenie. – Nowy środek o potężnym działaniu przeciwbólowym.
– Znamy go już – odrzekł Paweł. – Ale ciągle znacznie częściej podajemy doustnie opium.
– Opium? – zdziwił się Danielsen.
– Laudanum – wytłumaczył mu Hansen.
– Mam nadzieję, panie doktorze, że otrzymał pan mój list rekomendacyjny od Petersburskiego Towarzystwa Lekarskiego? – zagadnął Skórzewski.
– Owszem. Bardzo się cieszę, mogąc pana tu widzieć. Wymiana doświadczeń przyda się wam obu. – Wskazał gestem Hansena.
– Agonia? – zainteresował się Paweł, zerkając na pacjenta.
– Tak. Wyjątkowo paskudny przypadek. Sześć miesięcy i śmierć. Pożyje najwyżej do jutra. Niech pan spojrzy na rany po owrzodzeniach.
