Walczył więc razem z nią, nie myśląc o obowiązujących normach, a dziesięć minut później, wbrew wszelkiej logice, wbrew temu, czego się dotąd nauczył, serce znów zaczęło bić, płuca chwytały powietrze, powracało życie. „Ma pan rację – powiedział – jesteśmy tylko lekarzami i nie wiemy wszystkiego. Ona także jest lekarzem”. Błagał Fernsteina, aby dał jej ostatnią szansę. Znano przecież przypadki śpiączki, z której pacjent budził się nagle do życia, choć nikt nie wiedział, jak to się stało. A ta młoda kobieta zrobiła coś, czego nie zrobił nikt przed nią, do diabła więc z kosztami. „Niech pan nie pozwala jej umrzeć, ona tego nie chce, dała nam to do zrozumienia”. Profesor odezwał się po długiej chwili milczenia.

– Doktorze Stern, Lauren była jedną z moich studentek. Miała prawdziwy talent, choć wredny charakter. Szanowałem ją i wiązałem duże nadzieje z jej karierą, ale myślę także o pańskiej, więc rozmowę tę uważam za skończoną”. Stern wyszedł z gabinetu, nie zamknąwszy za sobą drzwi. W korytarzu czekał na niego Frank. – A ty co tu robisz?

– Philip, co ci przyszło do głowy? Wiesz, z kim rozmawiałeś tym tonem? – I co z tego?

– Facet, do którego mówiłeś, jest profesorem tej młodej, znał ją i widywał codziennie od piętnastu miesięcy. Ocalił już tyle istnień ludzkich, ile ty nie zdołasz przez całą resztę życia. Naucz się w końcu panować nad sobą, bo czasem naprawdę ci odbija. – Odchrzań się, Frank. Na dzisiaj mam dość słuchania morałów. Doktor Fernstein zamknął drzwi swojego gabinetu, podniósł słuchawkę telefonu, zawahał się przez moment, podszedł do okna, a potem gwałtownym ruchem chwycił za słuchawkę. Zażądał połączenia z blokiem operacyjnym. Natychmiast po drugiej stronie linii rozległ się czyjś głos.

– Tu Fernstein, proszę przygotować salę, operujemy za dziesięć minut. Zaraz prześlę kartę.

Delikatnie położył słuchawkę na widełki, pokiwał głową i wyszedł z gabinetu. W drzwiach wpadł prosto na profesora Williamsa.



15 из 176