
Życie potoczyło się teraz gładko i przyjemnie. Co prawda, pomimo swego przygaszenia, musiała ustawić na właściwym miejscu jednego Don Juana z zaopatrzenia, a drugiego ze zbytu, ponieważ zachowywali się zbyt śmiało, jak na jej upodobania. Ogólnie jednak była bardzo zadowolona ze swego losu. Pracowała ciężko i była za to odpowiednio wynagradzana.
Sprawy domowe szły równie gładko. Życie towarzyskie nie było zbyt urozmaicone, ale Leith w przeciwieństwie do swego brata, miała mniej stadnych instynktów i wolniej zawierała przyjaźnie. Co zaś się tyczy przyjaźni, Rosemary zdawała się cierpieć co najmniej tak samo jak Travis Hepwood. Mimo to, kiedy wybrał się on z wizytą do Leith i Sebastiana, wpadli na siebie w drzwiach zupełnie przypadkowo.
Później Rosemary wyznała Leith, że widok Travisa w tak żałosnym stanie poruszył jej serce. Nic dziwnego, pomyślała Leith, skoro Rosemary nadal dokładała wszelkich starań, żeby nie dać ludziom powodu do plotek. Najbardziej bała się podejrzenia, iż związała się z kimś innym, co dałoby Derekowi pretekst do wystąpienia o rozwód z jej winy i skompromitowania w oczach rodziców. Nieśmiało zapukała do drzwi sąsiadów i wprosiła się na kawę wiedząc, że Travis jest w środku.
Po tym dniu Rosemary przyjęła jeszcze dwa zaproszenia na kawę do mieszkania Leith i Sebastiana. Nie została jednak nigdy nawet na kolacji.
Travis za każdym razem był tam także.
Leith pracowała w G Vasey Ltd już dwa miesiące,gdy Sebastian z właściwym sobie rozmachem wpadł do domu po pracy i oznajmił, że w piątek wyjeżdża do Indii na wakacje.
– Do Indii! – wykrzyknęła Leith. Słyszała o tym po raz pierwszy.
– Na Boga, Leith, to tylko dziewięć godzin lotu! Za dwa tygodnie będę z powrotem.
– No to baw się dobrze – odparła, kiedy przyszła do siebie i zaczęła pomagać mu w pakowaniu…
Kolejna ciężka fala deszczu uderzyła o okna mieszkania i wyrwała Leith z ponurego zamyślenia. Spojrzała na zegarek i aż się skrzywiła. Wielkie nieba, to już po dziesiątej! Chyba całe wieki siedzi tu pogrążona we wspomnieniach ostatniego roku.
