
– Wejdź – powiedziała zrezygnowana. Pomogła mu dojść do kuchni, posadziła przy stole, a sama poszła po ręcznik.
– Przyszedłeś tu pieszo? – zagadnęła, kiedy wycierał twarz i włosy. Miała nadzieję, że nie prowadził samochodu w takim stanie.
– Stałem na zewnątrz całe wieki… chciałem wejść, a wiedziałem, że nie powinienem…
– Rosemary nie ma – cicho powiedziała Leith. – Wyjechała na weekend do rodziców.
Travis wydał z siebie potężne westchnienie.
– Na to wygląda – odparł i mięśnie jego twarzy zadrżały, jakby z całych sił walczył z załamaniem. Opanował się z trudem i wciąż zdenerwowany wyjawił:
– Wczoraj… wszystko się we mnie nagle zagotowało i pomyślałem… pomyślałem, że nie wytrzymam związku, który… że nie mogę kochać kogoś, kto wprawdzie mnie także kocha i wiem o tym, ale kto ma to swoje…wychowanie, przesady, rodziców, konwenanse… boi się skandalu… przyzwoitość… nazwij to, jak chcesz. Dużo przeszedłem.
Leith wzięła z jego rąk zwinięty w kulę ręcznik i pomyślała, że kubek mocnej kawy dobrze by mu zrobił. Alkohol rozwiązał Travisowi język, mówił nieprzerwanie. Postawiła przed nim kawę, a on wyrzucał z siebie wszystko, co rozdzierało mu serce od chwili, gdy jego oczy po raz pierwszy spoczęły na Rosemary. Leith nie czuła zakłopotania, jedynie smutek, że miłość do jej przyjaciółki doprowadziła Travisa do tego stanu. Bojąc się stracić nawet tę drobną szansę, jaką miał u Rosemary, milczał, choć chciałby krzyczeć o swej miłości na cały świat. Tak bardzo pragnął opowiedzieć o niej swojej rodzinie, ale Rosemary zamierała w strachu na samą wzmiankę o takiej możliwości. Wreszcie przyrzekł jej uroczyście, że poza tym domem imię jej nigdy nie padnie z jego ust.
– Wczoraj wreszcie poczułem, że zwariuję, jeśli coś się nie zmieni. Zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że chcę z nią porozmawiać na osobności – zamilkł, myślami błądząc o całe mile stąd.
– Rosemary nie chciała się z tobą spotkać? – domyśliła się Leith.
