Leith nie sądziła, że kiedykolwiek spotka człowieka tak wysoko postawionego. Miała jedynie nadzieję, że jej posada jest bezpieczna. Smutno wyglądałaby jej część hipoteki, gdyby straciła tę dobrze płatną pracę. O części Sebastiana lepiej w ogóle nie wspominać.

Myśli zaczęły jej umykać i mocno zasnęła. Obudził ją natarczywy dźwięk dzwonka, który ktoś bez przerwy naciskał. Zaspana wstała z łóżka, po drodze owijając się szlafrokiem i zapalając światła.

– Co się dzieje, do licha? – zwróciła się z gniewem do stojącego w drzwiach wysokiego, ciemnowłosego nieznajomego.

Nie odpowiedział, zdjął tylko palec z przycisku dzwonka i przyglądał się jej bez uśmiechu, obejmując spojrzeniem potargane kasztanowe włosy i śliczną, zaróżowioną od snu twarz. Obserwował jej delikatne rysy, przesuwając przenikliwy wzrok po zgrabnej figurze, uwydatnionej przez bawełniany szlafrok. Swą niespieszną inspekcję zakończył na obnażonych palcach stóp Leith.

Ona jednak miała dość. Nikt nigdy nie przyglądał się jej tak dokładnie.

– Dobranoc – prychnęła i chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem… ale zablokował je stopą.

– Co… – zaczęła, już zupełnie trzeźwa, czując pierwsze dotknięcia zimnych igieł strachu.

– Szukam Travisa Hepwooda – wycedził wysoki mężczyzna. Choć nie wyglądał przez to ani trochę łagodniej, znajome nazwisko zmniejszyło jej lęk.

– Travis… – urwała, czując jak jej wrodzona rezerwa rozpływa się bez śladu. Nagle zapragnęła chronić Travisa, który nie był w stanie sam obronić się przed tym człowiekiem, najwyraźniej wściekłym z jakiegoś powodu. Na to przynajmniej wyglądał.

– Po co? – zawołała ostro, a kiedy nie uzyskała odpowiedzi, dodała: – Kim pan jest?



18 из 126