
Wczesnym popołudniem miała już wszystkiego serdecznie dość. Było około wpół do trzeciej, kiedy musiała wyjść po dokumentację, którą w zwykłych warunkach przyniósłby jej Jimmy. Wracaj, Jimmy, wszystko ci przebaczyłam, myślała z lekkim rozbawieniem, wędrując po potrzebne papiery.
Mimo rozbawienia nie była w odpowiednim nastroju, aby przyjmować awanse Paula Fishera, który, nie zwracając uwagi na okulary i uczesanie w stylu starej panny, zawsze gotów był okazać jej swe zainteresowanie. Tym razem nadchodzili jednocześnie: ona z jednej, on z drugiej strony. Leith usiłowała wyminąć go szerokim łukiem. On, zdaje się, miał całkiem odmienne zamiary. W korytarzu było dość miejsca dla obojga, a jednak Fisher manewrował tak, że zderzyli się i wpadła w jego ramiona. Obrócił ją ku sobie.
– Leith – zaczął tonem, który miał brzmieć uwodzicielsko. – Jeżeli chcesz przeżyć najpiękniejsze chwile swego życia…
– Precz z łapami! – warknęła. – Jeśli przyciśnie mnie tak, żeby znieść twoje karesy, zgłoszę się do ciebie. Tymczasem trzymaj swoje brudne macki z dala ode mnie!
Odpychała go z całej siły, nie obchodziło jej, że ktoś może zobaczyć lub usłyszeć. Jego wzrok powędrował nagle za jej plecy i natrętne ramiona opadły, a ich właściciel spiesznie poszedł w swoją stronę.
Leith z ulgą powitała wolność, ale nieprzyjemne wydarzenie sprawiło, że cała się trzęsła. Odwróciła się – tylko po to, by zderzyć się z kimś po raz kolejny.
Mam naprawdę zły dzień, pomyślała, odpychając tego kogoś i znowu tracąc równowagę. Ramiona, które przytrzymały ją tym razem, nie miały niestosownych zamiarów. Leith szybko podniosła wzrok i napotkała czarne, jak noc, spojrzenie Naylora.
Przez długą chwilę wpatrywał się uważnie w zielone oczy.
– Cała drżysz! – zauważył.
Na ułamek sekundy zamurowało ją, w mrocznym spojrzeniu zdawała się czaić łagodność. A potem jego oczy powędrowały ku jej wargom i już wiedziała, że Naylor przypomniał sobie tamte pocałunki…
