– Na moje oko wyglądała wyjątkowo dobrze, kiedy spotkałam ją wczoraj rano!

Nic nie można było na to poradzić.

– Nie wiedziałam, że z ciebie taka plotkara, mamuś – zażartowała Leith

– Wcale nie! – żachnęła się matka. – Ja tylko… Leith odeszła od telefonu z mieszanymi uczuciami.

Chętnie rozmawiała z rodzicami, ale tym razem wolałaby, żeby matka nie zadzwoniła. Niepokoiła się o Rosemary – rodzice są w stanie zatruć jej życie, jeśli dotrą do ich uszu plotki krążące po miasteczku. Zaś wiadomość, że Sebastian nie wróci przed końcem roku, była prawdziwym ciosem.

List nie załatwi sprawy. O tym wiedziała, zanim jeszcze sama myśl postała jej w głowie. Ze słów matki wynikało, że Sebastian będzie stale w podróży, więc wątpliwe, aby jakikolwiek list zdołał do niego dotrzeć. A poza tym, skoro prosił matkę o pieniądze, należało się spodziewać, że jest już bez grosza.

Spędziła ponad pół godziny na przyzwyczajaniu się do myśli, że będzie musiała spłacać obie połowy miesięcznej raty przez co najmniej siedem miesięcy. Ale skądże ona, na Boga, ma wytrzasnąć tyle forsy? Prowadząc oszczędny tryb życia, poszcząc troszkę, przeżyje może miesiąc, może dwa, ale potem…

Zabrała się do pracy w nadziei, że utopi w niej swoje troski. I wówczas zdała sobie sprawę, że nie ma zamiaru wracać do Hazelbury, o ile nie będzie to absolutnie konieczne. Lubiła Londyn, swoją pracę, chciała zostać. I nagle, ni stąd, ni zowąd, stanęła jej przed oczami sylwetka Naylora Massinghama… Leith ze złością sięgnęła po skoroszyt. No to co? Lubi Londyn, lubi swoją pracę, ale…

Po południu zadzwoniła Rosemary.

– Kiedy wracasz? – szybko zapytała Leith, która mogła nie widzieć przyjaciółki tygodniami, ale teraz bardzo się za nią stęskniła.

– Jeszcze nieprędko. Rodzicom nie podoba się, że będę mieszkała sama w Londynie – wyznała.

Wielkie nieba – pomyślała Leith i poczuła wdzięczność do losu za rodziców, jacy przypadli jej w udziale.



48 из 126