Kąciki ust Naylora Massinghama leciutko uniosły się w górę.

– Ty naprawdę myślisz – stwierdził.

– Niezależnie od kontraktu Norwood & Chambers, jestem dobra w tym, co robię! – odparła dumnie.

Wpatrywał się w jej błyszczące, zielone oczy.

– Nikt już nie nazwałby cię Panną Lodowatą, gdyby mógł cię teraz ujrzeć – powiedział mimo woli.

Okrążył biurko, usiadł i podał jej okulary.

– Nie wkładaj ich, dopóki jestem w pobliżu – polecił, zanim zdążyła umieścić je na nosie i pozbierać myśli. – Obrażają moje poczucie piękna. A wracając do sprawy, z powodu której cię wezwałem… – dodał, nie czekając, aż Leith odzyska oddech po ostatnim zdaniu.

– Tak… eee… sprawa Palmer & Pearson-przerwała mu, nagle zdając sobie sprawę, że przez cały czas, jaki tu spędziła, zaledwie przelotnie musnęli sprawy zawodowe.

Udał, że nie słyszy.

– Myślałem co nieco o naszym… problemie – oznajmił.

Leith spojrzała na skoroszyt na biurku.

– Palmer & Pearson? – zapytała, i natychmiast zorientowała się, że dopóki nie zaczęła się praca, nie może być żadnych problemów. – Ach, ma pan namyśli Norwood & Chambers?

Nic lepszego nie przyszło jej do głowy.

– No więc…

– Czy ty specjalnie udajesz, że nie wiesz, o co mi chodzi? – zapytał szorstko i, widząc jej pytające spojrzenie, wyjaśnił nagle bardzo agresywnym tonem: – Mówię o moim kuzynie! Czy dzwonił?

Trzymaj się, Leith – pomyślała, ale nie skłamała.

– Dzwonił z Włoch – wyznała.

– Jak sądzę, nie poprzestał na jednym razie-mruknął i nie wydawał się zadowolony, kiedy nie usłyszał odpowiedzi. Mogła jednak wytrzymać jego humory. O wiele bardziej niepokojąca i podejrzana była wyszukana grzeczność, z jaką się do niej zwracał.



55 из 126