
– Po długim namyśle proponuję… – zaczął jedwabistym tonem, ociekającym wdziękiem i urokiem, ba, uśmiechnął się nawet – żebyś… została moją dziewczyną.
Leith natychmiast poderwała się na równe nogi.
– O, nie, tego szczęścia nie dostąpisz! – zawołała, a przerażenie chwyciło ją za gardło.
Nie mogła opanować tej, jak sama wyczuła, zbyt silnej reakcji, w dodatku nie miała pojęcia, co ją tak przeraziło.
– Żle mnie pani zrozumiała, panno Everett – odezwał się chłodno Massingham. Wstał i, mierząc ją aroganckim spojrzeniem, stwierdził autorytatywnie:
– Gdybym miał dostąpić tego szczęścia, może pani być pewna, że zacząłbym wierzyć w przesądy.
Uświadomił jej w ten sposób, że gdyby istotnie miał się nią zainteresować, uznałby, że stracił resztki zdrowego rozsądku.
– Znam już odpowiedź, ale na wszelki wypadek chciałbym ją usłyszeć od pani – ciągnął dalej szorstkim tonem. – Czy bawi się pani Travisem dla czystej… hm… przyjemności, czy też jest w nim pani zakochana?
Ostatnie słowa wypowiedział jakby z odcieniem smutku.
– Ja… – zaczęła Leith, ale kiedy już miała powiedzieć, że nie kocha Travisa, przypomniała sobie, że nie może tego zrobić bez złamania obietnicy danej Rosemary. Nie miała wyboru.
– No wiec?-nalegał Naylor Massingham. Im dłużej zwlekała z odpowiedzią, tym bardziej się wściekał.
– Lubię Travisa… bardzo go lubię – oznajmiła i natychmiast dostrzegła w oczach zwierzchnika niebezpieczne błyski. To upewniło ją, że na nic wszelkie wykręty.
– Nie – odparła szczerze.
– Nie kochasz go i nie masz zamiaru za niego wyjść?- nalegał.
– Nie prosił mnie… – znowu próbowała uników, ale urwała, bo zrobił gwałtowny krok w jej stronę.
– Nie – wyznała.
– To oznacza, że o ile on kompletnie zwariował na twoim punkcie, ty bawisz się nim jak kot myszą.
Dziwne: im bardziej jego słowa przeistaczały ją w samicę bez serca, tym większą czuła potrzebę wyznania mu prawdy.
