
– Nie dostaniesz ich. Pozwolimy im dojechać do Tenajo.
Kaldak milczał.
Nie jest zadowolony, spostrzegł Esteban z satysfakcją. Dobrze. Może powinien był pozwolić Kaldakowi uporać się z tą sprawą, ale dotknął go ten brak uległości. Zresztą to w końcu bez znaczenia.
Tak czy owak kobiety zginą.
– Wracasz do obozu? – spytał Kaldak.
– Nie, zostanę tu jeszcze trochę.
Odwrócił się w stronę wzgórz. Kaldak odjechał. Esteban nie chciałby go rozpraszali ludzie z obozu. Już wcześniej uznał, że ze względów bezpieczeństwa nie powinien się udawać do Tenajo, lecz oczekiwanie sprawiało mu prawie taką samą przyjemność jak uczestnictwo w realizacji planu, który puścił w ruch; zasłużył na to, by móc się teraz tym rozkoszować. Habin ze swoimi pobudkami politycznymi nie wie, co naprawdę robi.
Odczuł podniecenie, gdy sobie uświadomił, że nawet w tej chwili to już się dzieje.
Noc była jasna, nad tamtymi odległymi wzgórzami nie kłębiły się chmury burzowe. Prawie widział, jak Mroczna Bestia zawisła nad miasteczkiem.
Święta Dziewico, pomóż im. Ich nieśmiertelne dusze smażą się w ogniu szatana.
Ojciec Juan klęczał w kaplicy, wzrok wbił w złoty krucyfiks, wiszący nad jego głową.
Spędził w Tenajo czterdzieści cztery lata i do tej pory jego trzódka zawsze go słuchała. Dlaczego teraz – w chwili ostatecznej próby – wierni nie okazują posłuszeństwa?
Słyszał ich głosy na placu przed kościołem: pokrzykiwali, śpiewali, śmiali się. Wyszedł, skarcił ich, mówiąc, że o tej porze powinni być już w domach, ale to na nic się nie zdało. Tylko zaprosili go do udziału w tym dziele szatana.
Nie przyłączy się. Zostanie w kościele.
I będzie się modliłby Tenajo ocalało.
– Dobrze spałaś – zwróciła się Emily do Bess. – Wyglądasz na bardziej wypoczętą.
