
– A gdy będziemy stąd wracać, będę jeszcze bardziej wypoczęta. – Wytrzymała spojrzenie siostry. – Czuję się świetnie. Odczep się ode mnie.
Emily się uśmiechnęła.
– Zjedz śniadanie. Rico już ładuje rzeczy do dżipa.
– Pomogę mu.
– Wszystko będzie dobrze, prawda? Spędzimy tu udane wakacje.
– Może byś wreszcie przestała… – Ech, niech jej będzie. Nie pozwoli sobie zepsuć pobytu. – Jasne. Spędzimy tu wspaniałe wakacje.
– I cieszysz się, że z tobą przyjechałam? – nie ustępowała Emily.
– Cieszę się, że ze mną przyjechałaś. Emily puściła oko.
– Bomba.
Bess zbliżyła się do dżipa, ciągle jeszcze z uśmiechem na twarzy.
– A, widzę, że jesteś szczęśliwa. Dobrze spałaś? – spytał Rico. Przytaknęła i włożyła do samochodu statyw. Wzrokiem powędrowała ku górom.
– Kiedy ostatnio byłeś w Tenajo?
– Prawie dwa lata temu.
– To dawno. Twoja rodzina jeszcze tu mieszka?
– Tylko matka.
– Nie tęsknisz za nią?
– Raz w tygodniu rozmawiamy przez telefon. – Zmarszczył brwi. – Ja i brat doskonale sobie radzimy. Moglibyśmy jej kupić ładne mieszkanie w stolicy, ale ona nie chce przyjechać. Powiada, że nie czułaby się tam u siebie.
Najwyraźniej trafiła w bolesny punkt.
– Ktoś jednak musi uważać Tenajo za cudowne miejsce, inaczej Conde Nast by mnie tu nie przysyłało.
– Pewnie ci, którzy tu nie muszą mieszkać. Co moja matka ma? Nic. Nawet pralki. Ludzie żyją jak przed pięćdziesięciu laty. – Ze złością wrzucił do dżipa ostatni bagaż. – Wszystko przez tego klechę. Ojciec Juan przekonał ją, że wielkie miasto jest przybytkiem zła i pychy i że powinna zostać w Tenajo. Głupi staruch. Co złego w udogodnieniach?
Bess zdała sobie sprawę, że chłopaka naprawdę to boli; nie wiedziała, co powiedzieć.
– Może uda mi się matkę przekonać, żeby ze mną wróciła – dodał.
– Mam nadzieję. – Nawet w jej uszach zabrzmiało to żałośnie. Szukała innego sposobu podniesienia chłopaka na duchu. – Chcesz, żebym zrobiła jej zdjęcie? A może wam obojgu?
