Twarz mu pojaśniała.

– To byłoby miłe. Mam tylko fotkę, którą brat pstryknął cztery lata temu. - Zawiesił głos. – A może byś opowiedziała, jak świetnie sobie radzę w Meksyku? Że wszyscy klienci domagają się, żebym to ja ich obsłużył? To nie byłoby kłamstwo – dorzucił szybko. – Jestem bardzo lubiany.

Usta jej drgnęły.

– Nie wątpię. – Wsiadła do samochodu. – Zwłaszcza przez panie.

Uśmiechnął się psotnie.

– Tak, panie są dla mnie bardzo dobre. Ale roztropniej będzie nie wspominać o tym matce. Ona by nie zrozumiała.

– Postaram się zapamiętać – obiecała uroczyście.

– Gotowi?

Emily już chwilę przedtem podeszła do dżipa, a teraz dała Ricowi pudełko ze sprzętem do gotowania.

– Ruszajmy. Przy odrobinie szczęścia o drugiej będziemy w Tenajo, a o czwartej będę się bujać w hamaku. Nie mogę się doczekać. Jestem pewna, że to raj na ziemi.

2.

Tenajo nie było rajem na ziemi. Było jedynie smażącym się w upale popołudniowego słońca miasteczkiem. Ze wzgórza Bess dostrzegła malowniczą fontannę na środku dużego brukowanego placu, z trzech stron otoczonego budynkami z suszonej na słońcu cegły. W głębi stał niewielki kościół.

– Ładne, prawda? – Emily uniosła się na siedzeniu dżipa. – Gdzie jest gospoda, Rico?

Wskazał im uliczkę odchodzącą od rynku.

– Tam. Malutka, ale czysta. Emily westchnęła z rozkoszą.

– Już prawie widzę mój hamak, Bess.

– Wątpię, czy uda ci się zasnąć przy tym zawodzeniu – odparła sucho Bess. – Nic nie wspominałeś o kojotach, Rico. Nie sądzę, żeby…

Znieruchomiała. O Boże, nie. Nie kojoty. Psy.

Słyszała już takie wycie.

To psy zawodziły. Mnóstwo psów. A ich żałosny skowyt dobiegał z uliczek biegnących poniżej. Bess zaczęła się trząść.



12 из 236