
– Co się stało? – zaniepokoiła się Emily. – Coś nie w porządku?
– Nic.
Niemożliwe. To jej wyobraźnia. Ile razy budziła się w nocy, wyrwana ze snu przez wycie nieistniejących psów.
– Nie mów mi, że nic. Źle się czujesz? – nie ustępowała Emily.
To nie wyobraźnia.
– Danzar. – Oblizała wargi. – To szaleństwo, ale… Musimy się śpieszyć. Szybciej, Rico.
Rico nacisnął pedał gazu i dżip pomknął wyboistą drogą.
Pierwsze ciało zobaczyli dopiero w miasteczku. W cieniu fontanny leżała skulona kobieta.
Emily chwyciła swoją torbę lekarską, wyskoczyła z samochodu i pochyliła się nad kobietą.
– Nie żyje.
Bess już wcześniej to odgadła.
– Dlaczego tak tu leży? – spytała Emily. – Dlaczego nikt jej nie pomógł?
Bess wysiadła z dżipa.
– Idź po swoją matkę, Rico. Natychmiast. Sprowadź ją tu.
– Co się dzieje? – szepnął Rico.
– Nie wiem. – Nie kłamała. Nie byli w Danzarze. Ale, co tam się wydarzyło, nie mogło się tutaj powtórzyć. – Po prostu znajdź matkę.
Z rykiem silnika pomknął ulicą. Bess odwróciła się do siostry.
– Jak umarła? Emily pokręciła głową.
– Nie wiem. Żadnych zewnętrznych obrażeń.
– Choroba?
Emily wzruszyła ramionami.
– Bez testów nie potrafię tego stwierdzić, co o tym wiesz?
– Nic nie wiem. – Usiłowała zapanować, nad głosem. – Ale sądzę, że będą jeszcze inni. – Pobiegła do baru za fontanną. – Weź torbę i chodź ze mną.
W barze znalazły cztery ciała. Dwóch młodych mężczyzn, skulonych nad stołem, między nimi żetony i pieniądze. Za kontuarem leżał starzec. Na schodach kobieta w fioletowej sukni.
Emily biegała od jednego do drugiego.
– Wszyscy nie żyją? – spytała Bess.
Siostra przytaknęła.
– Chodź tu. – Otworzyła torbę, wyjęła maseczkę na twarz i gumowe rękawiczki. Podała je Bess. – Włóż to.
Bess nałożyła maseczkę i rękawiczki.
– Sądzisz, że to zaraźliwe?
