
– Ostrożność nie zawadzi. – Emily skierowała się do drzwi. – Skąd wiedziałaś?
– Psy. W Danzarze. Słyszałam ich skowyt na wiele kilometrów przed miastem. Całą wioskę wyrżnęli partyzanci.
Całą wioskę – powtórzyła jak echo Emily. Wyprostowała się. – Cóż, tutaj nikt nie zginął od ran, a nie wierzę, żeby ludzie umierali tylko dlatego, że durnym psom zachciało się jazgotać. Chodźmy, poszukajmy kogoś, kto nam powie, co się stało.
W pierwszym domu, do którego zajrzały, nie zobaczyły nikogo. W sklepie obok natknęły się na dwa ciała. Kobietę za ladą i chłopczyka zwiniętego w kłębek na podłodze. Wokół leżały rozrzucone pastylki czekoladowe. W dłoni dziecko też ściskało lepkie pastylki.
Ręce ma wysmarowane czekoladą, automatycznie odnotowała Bess. Dzieci przepadają za słodyczami. Kiedy Julie, jej siostrzenica, była młodsza, namiętnie pochłaniała drażetki M &M, a Bess zawsze je jej przynosiła…
– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – spytała Emily.
Bess popatrzyła na aparat, którym właśnie zrobiła zdjęcie Emily i chłopczyka.
Ostrość.
Migawka.
Znowu Danzar.
Ale tu nie musiała fotografować. Tu nie będzie tajemnic ani ukrytych zbiorowych mogił.
– Nie wiem.
Wepchnęła aparat do futerału.
– Przestań płakać.
Nie wiedziała, że płacze. Grzbietem ręki otarła łzy.
– Trudno powiedzieć, co się tu stało. Jedno nie ulega wątpliwości – stało się szybko. Na ogół ludzie wracają do domów, gdy się źle poczują…
Emily się wyprostowała.
– Może niektórzy tak zrobili. Muszę sprawdzić. Istne szaleństwo. Nigdy nie słyszałam o tak błyskawicznej epidemii, może z wyjątkiem eboli…
Bess zmartwiała.
– Ebola? W Meksyku?
Nie powiedziałam, że to właśnie ona. Mnożą się najróżniejsze wirusy, a równie dobrze może się okazać, że woda była skażona. Może przecinkowcem cholery. Tu, w Meksyku, przypadki cholery są ciągle dość częste.
