
– Masz opuścić Tenajo – rozkazała Emily siostrze.
– Wypchaj się.
– Domyślałam się, że tak powiesz, ale musiałam spróbować. – Wzruszyła ramionami. – Zresztą pewnie i tak już jesteśmy zarażone. Chodź, sprawdzimy, czy ktoś nie przeżył.
W ciągu następnych trzech godzin znalazły czterdzieści trzy ciała. Większość we własnych domach. W łóżkach, kuchniach, łazienkach.
Znalazły matkę Rica.
Leżała na kanapie, syn klęczał przy niej na podłodze, ściskając jej rękę.
– Cholera – szepnęła Bess.
– Nie mogłem jej do was przyprowadzić – odezwał się Rico bezdźwięcznie. – Nie żyje. Moja matka nie żyje.
– Nie powinieneś jej dotykać – delikatnie upomniała go Emily. – Nie wiemy, co ją zabiło.
– Ojciec Juan ją zabił. Przez niego tu została. Emily otworzyła torbę, wyjęła maseczkę i rękawiczki.
– Nałóż to. Nie zareagował.
Rico, musisz…
– Zabił ją. Gdyby się przeniosła do miasta, mógłbym ją zawieźć do szpitala. – Wstał i ruszył do drzwi. – Wszystko przez klechę.
Bess zastąpiła mu drogę.
– Rico, to nie przez…
Odepchnął ją i wypadł z domu.
– Ty szukaj dalej! – zawołała Bess przez ramię, biegnąc za Rickiem. – Ja pędzę za nim.
Po co w ogóle zawracam sobie tym głowę? – myślała. Ksiądz pewnie też nie żyje. Jak wszyscy w Tenajo. Boże, żeby tylko te psy przestały wyć.
Kiedy wpadła do kościoła, Rico stał nad duchownym.
– Odsuń się od niego, Rico.
Chłopak nawet nie drgnął.
