
Odepchnęła go i uklękła przy księdzu. Z ulgą zobaczyła, że jeszcze żyje, choć z trudem chwyta powietrze.
– Uderzyłeś go? Rico pokręcił głową.
– Przynieś wody.
Rico nawet się nie ruszył.
– Jazda – rozkazała surowo.
Odwrócił się niechętnie i ruszył do kropielnicy przy drzwiach. Bess wątpiła, czy woda cokolwiek tu pomoże, ale przynajmniej na razie Rico oddalił się od duchownego.
– Ojcze Juanie, może ksiądz mówić? Musimy się dowiedzieć, co tu się stało. Nie wie ksiądz, czy jeszcze ktoś ocalał?
– Źródło… Źródło…
Czy to znaczy, że zostali otruci? Może Emily słusznie odgadła, że woda musi być skażona.
– Co się stało? Co zabiło tych wszystkich ludzi?
– Źródło…
– Niech sczeźnie. – Rico stanął przy Bess.
– Gdzie woda?
Wbił wzrok w twarz księdza.
– To bez znaczenia. I tak jej nie potrzebuje.
Spojrzała na duchownego.
Rico miał rację. Starzec nie żył.
– Jaka jest najbliższa miejscowość?
– Besamaro. Pięćdziesiąt parę kilometrów.
– Jedź do Besamaro i zadzwoń do stacji epidemiologicznej. Powiedz, że mamy tu problemy. Staraj się jak najmniej kontaktować z ludźmi, bo może się okazać, że jesteś zarażony.
Rico nie odrywał wzroku od księdza, twarz wykrzywiała mu furia.
– Zabił moją matkę. To przez niego i jego ględzenie o świętości ubóstwa i pokory.
Gniewnie kopnął skarbonkę z ofiarami na biednych, stojącą przy nieboszczyku. Potoczyła się przez kościół, lądując pod ławką.
– Cieszę się, że umarł.
– Ty też możesz umrzeć, jeśli nie ściągniesz pomocy – powiedziała Bess. – Jesteś młody. Chcesz umrzeć, Rico?
To do niego przemówiło.
– Nie, pojadę do Besamaro.
Wyszedł z kościoła, a po chwili do Bess dobiegł hałas zapuszczanego silnika.
Pewnie nie powinna go wysyłać. Może rozprzestrzenić zakażenie. Ale co jej pozostaje? Sami sobie nie poradzą z tym koszmarem. Kapłan leżał z otwartymi oczami, jakby się w nią wpatrywał. Śmierć. Tyle grozy i śmierci. Otrząsnęła się i wstała. Musi wracać do Emily. Siostra może jej potrzebować.
