
– Wielki Boże – szepnęła Emily. – Od kiedy to zostałaś Joanną d’Arc?
Bess poczuła, jak zalewa się rumieńcem.
– Nie mów tak. Wiem, że to idiotycznie brzmi. Zresztą, co tam ze mnie za Joanna d’Arc. Boję się jak głupia. – Chciała, żeby siostra ją zrozumiała. – Wcale nie chodzę po świecie, rozglądając się za potworami, ale w moim zawodzie to się po prostu częściej trafia. A gdy już się na to natknę, mogę coś z tym zrobić. Ty codziennie ratujesz ludzkie życie. Ja bym tego nie potrafiła, za to mogę fotografować.
– Próbuję cię tylko uratować przed samą sobą. Obgadajmy to i zobaczymy, co…
– Nie rób tego, Emily. Proszę. Nie teraz. Jestem za bardzo zmęczona.
Emily wyciągnęła rękę i delikatnie musnęła siostrę po policzku.
– To przez twoją pracę. Jesteś zbyt impulsywna, zawsze lecisz jak ćma w ogień i parzysz się. Wyjazd do Danzaru był niemal tak samo wielkim błędem, jak małżeństwo z tamtym nieudacznikiem, Kramerem.
– Dobranoc, Emily.
Emily się skrzywiła.
– No nic, mam przed sobą dwa tygodnie. – Odwróciła się i naciągnęła śpiwór. – Nie wątpię, że po Tenajo będziesz znacznie podatniejsza na perswazje.
Bess zamknęła oczy i próbowała się odprężyć. Zmęczona i poobijana po jeździe po wertepach powinna bez trudu zasnąć.
Tymczasem sen nie nadchodził.
Czuła się rozbita, poraniona i męczyły ją naciski Emily. Dobrze, popełniła kilka błędów. Nieudane małżeństwo, parę niefortunnych decyzji zawodowych. Istotnie, jej życie osobiste nadal leży w gruzach, ale za to ona pracuje w zawodzie, który kocha, dobrze zarabia, zyskała szacunek kolegów po fachu. Jeśli od czasu do czasu trafia na ciernie, które ranią ją do żywego, to po prostu musi się z tym pogodzić. Danzar stanowił wyjątek, nie regułę. Możliwe, że już nigdy więcej nie będzie musiała stawiać czoła takiemu koszmarowi jak tam.
