
Teraz potrzebuje tylko dwóch spokojnych tygodni, poświęconych robieniu nudnych zdjęć miejskich placyków i kafejek, a potem znowu wróci na pokład.
Kiedy Kaldak wrócił do obozu, właśnie dotarły ciężarówki ze sprzętem. Galvez dyrygował rozdzielaniem go między ludzi. Kaldak obserwował to w milczeniu, a gdy Galvez skończył, ruszył w jego stronę.
Porucznik uśmiechnął się złośliwie.
– Lepiej łap, póki jest co. A może myślisz, że sobie poradzisz bez tych zabawek? Czyżbyś umiał chodzić po wodzie, Kaldak?
– Później się zaopatrzę.
– Wiesz, co to jest?
– Widywałem już te rzeczy.
– Ale nie przypuszczałeś, że się tutaj przydadzą. Esteban starał się robić z tego wielką tajemnicę, ale ja wiedziałem, co dostaniemy.
Esteban miał rację, pomyślał Kaldak. Galvez to skończony głupiec, skoro tak miele ozorem.
– Esteban przysłał mnie, żebym sprawdził, co z tym raportem z Meksyku.
Galvez pokręcił głową.
– Cisza. Przed kwadransem sprawdzałem faks. Przyszły tylko dwa od Habina i jeden od Morriseya.
– Morriseya?
– Morrisey zawsze do niego dzwoni albo przesyła faksy. – Galvez uniósł brwi. – Nie wiedziałeś? Czyżby nie mieli o tobie aż tak wysokiego mniemania, by cię wtajemniczać?
– Niewykluczone. Esteban nie może się doczekać raportu. Sprawdzisz jeszcze raz?
Galvez wzruszył ramionami i wszedł do namiotu. Kaldak ruszył za nim w stronę faksu.
– Nic – powiedział Galvez.
– Jesteś pewny? Może papier się skończył. Sprawdź w pamięci. Galvez pochylił się nad urządzeniem.
– Mówiłem ci, nic nie przyszło. A teraz zostaw mnie…
Kaldak otoczył ramieniem szyję Galveza. Wystarczył jeden szybki ruch, by skręcić mu kark.
22 stycznia 12.30
– Masz? – Esteban zbliżył się do dżipa. – Coś długo ci zeszło.
Kaldak podał mu faks.
