
– No! – Sirius uśmiechnął się ciepło. – A jak nazwiecie ich mocodawców?
– Toż pewnie nie mieli żadnych mocodawców, panie.
– O zdanie nie pytam! – ryknął Sirius. – Jeśli mają swoich mocodawców, psiamać, to jak ich nazwiecie?!
Vieese patrzył na czubki swoich butów.
– Niegodziwcami, zapewne – szepnął.
– No nie… Tu nie salon w pałacu. Znacie chyba jakieś bardziej dosadne określenie.
– To… to…
– To chuje – dokończył za niego Sirius. I wrzasnął: – Głośno i pełnym zdaniem proszę!
– Mocodawcy tych… zbójów… – Vieese przełknął ślinę. Potem rozluźnił kołnierz. Potem podrapał się w szyję. Potem strząsnął niewidzialny pyłek z rękawa. Potem wyczyścił nos. Potem przetarł oko. Potem podrapał się w brodę. Potem…
– No?!!!
– Mocodawcy tych zbójów to chuje!
Sirius roześmiał się głośno. Kilku żołnierzy nie wytrzymało. Rzucili się w las, niby to za pilną potrzebą. Ale księciu nie było dość. Podszedł do młodych rycerzy.
– Wyciągnęliście naukę? – spytał. – Wszystko zrozumieliście?
– Tttt… tak, panie.
– A dobrze zrozumieliście?
Jeden z nich, najbardziej narwany, nie wytrzymał. Jawnie sięgnął do rękojeści miecza.
– Hej, śmiesz miecza macać w mojej obecności? – krzyknął książę kpiąco. – Człowieku! Sto kusz w ciebie mierzy.
Żołnierze bez żadnego rozkazu wyciągnęli kusze i wymierzyli w trzęsącego się z wściekłości młodzika. Mieli prawo. Nikt przy księciu głowni miecza macał nie będzie. Młodzik parsknął i zagryzł wargi aż do krwi.
– No, co? – pastwił się Sirius. – Zrozumiałeś mnie?
Tamten nie odpowiadał, wlepiając wzrok w ziemię. Sirius zdenerwował się nagle.
– Mów, jak mnie zrozumiałeś! Kto są ci zbójcy?
– Tttt… to… – Młody rycerz spojrzał na Vieesego szukając ratunku, ale ten odwracał wzrok. Za to sto kusz mierzyło w niego i w każdej chwili mogło zamienić go w wielkiego jeża z drewnianymi kolcami. – To są…
