
– Jakby spał, a jego głowa spoczywała na prawym ramieniu – skomentował Pater do dyktafonu.
Lewa ręka nie leżała – jak prawa – w pozycji naturalnej. Lewa dłoń dotykała prawej, ściskała ją i obejmowała.
– Tak nieraz śpią dzieci. – W pamięci dyktafonu odciskał się dokładny opis miejsca zbrodni. – Dłoń pokrywa się z dłonią, jedna dłoń przykrywa drugą. Z tą różnicą, że małe dzieci na tych połączonych dłoniach opierają policzki i smacznie śpią. A tutaj te dłonie znajdują się w odległości około trzydziestu centymetrów od twarzy.
– Te dłonie – westchnął ciężko Kwieciński – wcale się nie pokrywają, jedna wcale nie przykrywa drugiej. Przyjrzyj im się dobrze.
Pater pochylił się nad dłońmi trupa, wsuwając głowę w gęsty snop słonecznego światła. Oświetlało ono leżący obok ciała potężny cynowy puchar. Oblepiony był krwią, na jej powierzchni były pojedyncze siwe włosy. Pater poczuł wtedy na czole – po raz pierwszy dzisiaj – lepkie, zimne strugi. Poczuł coś jeszcze: zapach dobrze znany z głębokiej podstawówki, gdy założył się z kolegami z klasy, że wypije tubkę kleju „Hermol". Bruzdami czoła popłynęła kropla, błysnęła w słońcu i rozprysła się obok połączonych dłoni denata. Rzeczywiście, jedna nie przykrywała drugiej, połączone były nie one, lecz ich palce. Kciuk lewej z kciukiem prawej, palec wskazujący lewej z palcem wskazującym prawej. Kwieciński wyjął skalpel i włożył go delikatnie pomiędzy opuszki. Posypało się kilka okruchów.
– Opuszki palców – powiedział do dyktafonu Pater – zostały połączone, ściśle mówiąc, sklejone jakimś klejem typu „Super Glue".
– Gdyby te dłonie odgiąć nieco od siebie – Kwieciński powiedział to bardzo głośno, tak aby nagrało się na dyktafon – powstałaby figura geometryczna, nie pamiętam, jak się nazywa, to trochę jakby kopnięty kwadrat, postawiony na jednym ze swoich czubków. To jakby latawiec.
Pater chciał poprawić sformułowanie „kopnięty kwadrat" na „romb", a „czubki" na „wierzchołki", lecz widok głowy denata odebrał mu jakąkolwiek ochotę do normatywnych wywodów.
