Gdy wyszli i zatrzasnęła się za nimi pokrywa luku, jasnowłosy młodzieniec nacisnął jakieś guziczki na ścianie. Okazało się, że kulisty sufit mesy odgrywał rolę czegoś w rodzaju stereoteleekranu. Zobaczyliśmy „Muromca”. Był to znakomity statek kosmiczny z przelotowym napędem fotonowym na zasadzie anihilacji. Chwytał i spalał w reaktorze gazy kosmiczne, pyły i wszystko, na co można natrafić w przestrzeni. Posiadał nieograniczone możliwości przebiegu. Szybkość miał również nieograniczoną — oczywiście w ramach bariery światła. Był olbrzymi, miał około pół kilometra długości. Ale na mnie zrobił wrażenie srebrzystej zabawki, czarki do szampana zawieszonej w środku ekranu na tle gęstwy gwiazd.

Patrzyliśmy jak zaczarowani. Nagle ekran rozświetlił się. Światło było ostre jak błyskawice, białoliliowe. Oślepiło mnie na chwilę. Ale gdy sprzed oczu zniknęły różnobarwne koła, na ekranie zostały tylko gwiazdy.

— Wystartowali — powiedział jasnowłosy młodzieniec. Wydało mi się, że im zazdrości.

— Odleciał — powiedziała Różena.

Podeszła do mnie, niezgrabnie stawiając nogi w podkutych butach, i położyła mi dłoń na rękawie. Palce jej drżały.

— Jest mi bardzo smutno, Sania — powiedziała. — Boję się.

— Zostanę z tobą, jeśli pozwolisz — odparłem.

Ale Różena nie zgodziła się. Wróciliśmy do Nowosybirska i rozstaliśmy się. Zabrałem się do pisania. Chciałem napisać wielki poemat o ludziach, którzy odchodzą ku gwiazdom, i o kobiecie, która została na pięknej, zielonej Ziemi. Jak stoi przed odlatującym przyjacielem i mówi niskim, matowym głosem: „Idź. Nie mogę już. Proszę cię, idź”. A on uśmiecha się zbielałymi wargami.

W pół roku później Różena zadzwoniła do mnie wczesnym rankiem. Była tak samo blada, a oczy miała równie duże jak wtedy na Cyfeuszu. Pomyślałem jednak, że sprawia to liliowawy odcień, który dają czasem ekrany wideofonów.



4 из 237