
Patrzyliśmy jak zaczarowani. Nagle ekran rozświetlił się. Światło było ostre jak błyskawice, białoliliowe. Oślepiło mnie na chwilę. Ale gdy sprzed oczu zniknęły różnobarwne koła, na ekranie zostały tylko gwiazdy.
— Wystartowali — powiedział jasnowłosy młodzieniec. Wydało mi się, że im zazdrości.
— Odleciał — powiedziała Różena.
Podeszła do mnie, niezgrabnie stawiając nogi w podkutych butach, i położyła mi dłoń na rękawie. Palce jej drżały.
— Jest mi bardzo smutno, Sania — powiedziała. — Boję się.
— Zostanę z tobą, jeśli pozwolisz — odparłem.
Ale Różena nie zgodziła się. Wróciliśmy do Nowosybirska i rozstaliśmy się. Zabrałem się do pisania. Chciałem napisać wielki poemat o ludziach, którzy odchodzą ku gwiazdom, i o kobiecie, która została na pięknej, zielonej Ziemi. Jak stoi przed odlatującym przyjacielem i mówi niskim, matowym głosem: „Idź. Nie mogę już. Proszę cię, idź”. A on uśmiecha się zbielałymi wargami.
W pół roku później Różena zadzwoniła do mnie wczesnym rankiem. Była tak samo blada, a oczy miała równie duże jak wtedy na Cyfeuszu. Pomyślałem jednak, że sprawia to liliowawy odcień, który dają czasem ekrany wideofonów.
