
— Sania — powiedziała Różena. — Czekam cię na lotnisku. Przyjeżdżaj natychmiast.
Nie mogłem zrozumieć, co się stało, i zapytałem ją o to. Różena powtórzyła: „Czekam cię na lotnisku” — i położyła słuchawkę. Wsiadłem w samochód i pojechałem. Ranek był pogodny i chłodny. Uspokoiłem się trochę. Na lotnisku skiełkowano mnie do dużego pasażerskiego konwertoplanu, gotowego do odlotu. Konwertoplan wzniósł się w górę, gdy tylko wdrapałem się do kabiny. Uderzyłem boleśnie piersią o jakąś ramę. Potem zobaczyłem Różenę i usiadłem obok niej. Była rzeczywiście blada. Patrzyła wprost przed siebie i przygryzała dolną wargę.
— Dokąd lecimy? — zapytałem.
— Na północne lotnisko rakietowe — odparła. Umilkła na długą chwilę i nagle dorzuciła: — Wala wraca.
— Co mówisz? — zawołałem.
Cóż mogłem powiedzieć więcej? Lecieliśmy dwie godziny i przez ten czas nie zamieniliśmy już ani słowa. Za to inni pasażerowie rozmawiali z ożywieniem. Byli bardzo podnieceni i pełni niedowierzania. Z rozmów dowiedziałem się, że wczoraj wieczorem otrzymano radiogram od Pietrowa. Dowódca Trzeciej Ekspedycji Międzygwiezdnej komunikował, że na „Muromcu” powstały jakieś uszkodzenia i wskutek tego zmuszony będzie do lądowania wprost na ziemskim lotnisku rakietowym, z pominięciem zewnętrznych stacji.
— Pietrow się po prostu zląkł — powiedział siedzący za nami gruby, niemłody mężczyzna. — Nie ma w tym nic dziwnego. To się zdarza w przestrzeni kosmicznej.
Spojrzałem na Różenę i zobaczyłem, że zadrżał jej podbródek. Ale nie odwróciła głowy, aby zobaczyć, kto to powiedział. Uważała, że nie warto. Pietrow nie znał lęku.
Spóźniliśmy się. „Muromiec” już wylądował. Zatoczyliśmy nad nim dwa kręgi i mogłem się dobrze przyjrzeć statkowi. To już nie była zabawka, przypominająca czarkę do szampana. Pod szafirowym niebem na środku tundry nienaturalnie, krzywo sterczała ogromna budowla, zżarta przez niepojęte siły, pokryta dziwnymi zaciekami. Konwertoplan wylądował w odległości dziesięciu kilometrów od „Muromca”. Nie można było bliżej. Przyleciało jeszcze kilka konwertoplanów. Czekaliśmy. Wreszcie rozległ się warkot i nisko nad naszymi głowami przeleciał helikopter. Usiadł w odległości stu kroków od nas.
