
Potem nastąpił cud.
Z helikoptera wyszli trzej ludzie i skierowali się ku nam wolnym krokiem. Na przedzie kroczył wysoki, chudy mężczyzna w zniszczonym kombinezonie. Szedł i uderzał się po nodze laseczką szmaragdowej barwy. Za nim postępował krępy człowiek z bujną, rudą brodą i jeszcze jeden, szczupły i zgarbiony. Milczeliśmy. Nie wierzyliśmy własnym oczom.
Zbliżyli się jeszcze trochę i Różena krzyknęła:
— Wala!
Mężczyzna w zniszczonym kombinezonie zatrzymał się, rzucił laseczkę i pośpieszył ku nam prawie biegiem. Miał dziwną twarz — pozbawioną warg. Czy twarz była tak ciemna, że wargi nie odcinały się na niej, czy też wargi były zbyt blade? Mimo to od razu poznałem Pietrowa. Któż inny zresztą mógł przylecieć na „Muromcu”? Ale ten Pietrow był stary i brak mu było lewej ręki — pusty rękaw miał zatknięty za pasek kombinezonu. A jednak był to Pietrow. Bożena wybiegła na jego spotkanie. Padli sobie w objęcia. Ten z rudą brodą i ten zgarbiony zatrzymali się również. Byli to Larri Larsen i nieznajomy pilot, którego pół roku temu odprowadzała dziewczyna w pomarańczowej sukience.
Otoczyliśmy ich w milczeniu. Patrzyliśmy jak urzeczeni. Pietrow powiedział ponad głową Różeny:
— Dzień dobry. Wybaczcie, wielu spośród was już pewno zapomniałem. Przecież widzieliśmy się po raz ostatni przed siedemnastu laty…
Nikt nic na to nie odpowiedział.
— Gdzie jest kierownik lotniska? — zapytał Pietrow.
— To ja — powiedział kierownik północnego lotniska rakietowego.
— Straciłem swoje automaty do wyładowywania — powiedział Pietrow. — Proszę rozładować statek. Przywieźliśmy wiele interesujących rzeczy.
