
— Nie zbrodniarz…
— Cieszę się, że zostałem uniewinniony.
— Tylko hipokryta.
Bajarz zmrużył oczy.
— Hipokryta — powtórzył Calvin. — Który udaje tego, kim nie jest. Żeby inni mu zaufali, ale ufają tylko garści kłamstw.
— To bardzo interesująca koncepcja, Calvinie. Gdzie wytyczasz granicę między człowiekiem skromnym, który zna swoje słabości, ale próbuje korzystać z cnót, choć jeszcze nie całkiem je opanował, a człowiekiem dumnym, który udaje, że posiada te cnoty, choć nie ma zamiaru ich zdobyć?
— Gdzie się podział farmer? — burknął pogardliwie Calvin. — Wiedziałem, że możecie zaniechać takiego gadania, kiedy tylko zechcecie.
— Owszem, to potrafię — przyznał Bajarz. — Tak jak umiem mówić po francusku do Francuza i po hiszpańsku do Hiszpana, i znam cztery odmiany mowy Czerwonych, zależnie od plemienia. Ale ty, Calvinie, czy przemawiasz pogardą i drwiną do każdego? Czy tylko do lepszych od siebie?
Dopiero po chwili Calvin uświadomił sobie, że został pobity, mocno i ciężko.
— Mógłbym was zabić nie używając rąk — zagroził.
— To trudniejsze, niż ci się wydaje. Znaczy, zabicie człowieka. Dlaczego nie spytasz o to brata? Alvin zrobił to raz, w słusznej sprawie, a ty myślisz o zabiciu człowieka za to, że pstryknął cię w nos. A potem nie rozumiesz, dlaczego uważam się za lepszego.
— Źli jesteście na mnie, bo powiedziałem, że jesteście hipokrytą. Jak wszyscy inni.
— Wszyscy?
Calvin posępnie skinął głową.
— Każdy jest hipokrytą z wyjątkiem Calvina Millera?
— Calvina Stwórcy — poprawił go Calvin.
I zanim skończył, już wiedział, że popełnił błąd; nigdy nikomu nie zdradził imienia, jakie nadawał sobie w myślach. A teraz wyrzucił je z siebie jak przechwałkę, popis, żądanie, i to przed tym najmniej przychylnym ze słuchaczy. Ten człowiek najpewniej zdradzi tajemnicę Calvina innym.
— Widzę, że teraz jesteśmy zgodni — zauważył Bajarz. — Obaj udajemy, że jesteśmy kimś, kim nie jesteśmy.
