Gdyby nie Kristine, Geoffrey, Emily, Charlie Ben i Zina Meg, wątpię, czy w ogóle bym coś napisał. Dzięki nim warto wykonywać tę pracę.

ROZDZIAŁ 1 — MYŚLAŁEM, ŻE SKOŃCZYŁEM

Myślałem, że skończyłem już pisać o Alvinie Smisie. Ludzie ciągle mi powtarzali, że wcale nie, ale rozumiałem dlaczego — bo wszyscy słyszeli Bajarza i wiedzą, jak on opowiada swoje historie. Kiedy kończy, wszystko jest elegancko zapakowane; wiadomo, co znaczyły różne rzeczy i z jakiego powodu się wydarzyły. Owszem, nie tłumaczy tego, ale zawsze ma się uczucie, że we wszystkim jest jakiś sens.

No cóż, nie jestem Bajarzem, co pewnie niektórzy z was już zauważyli — przecież nie jestem do niego podobny. I jeszcze przez jakiś czas nie zamierzam zostać Bajarzem ani nikim takim jak on. Nie dlatego że nie uważam go za porządnego człowieka, wartego naśladowania przez innych, ale głównie dlatego że nie widzę spraw tak, jak on je widzi. Nie wszystko się dla mnie układa. Rzeczy po prostu się zdarzają i czasami można wyciągnąć jakiś sens z okrucieństwa, a czasem najszczęśliwszy dzień jest zwykłą bzdurą. Nic nie da się przewidzieć i na pewno niczego nie można zmusić, żeby się wydarzyło. Najgorsze nieszczęścia, jakie widziałem w życiu, brały się z tego, że ludzie próbowali zmusić wydarzenia, by działy się sensownie.

Dlatego ułożyłem wszystko, co wiedziałem o życiu Alvina, aż do momentu kiedy zrobił złoty pług na swój egzamin czeladniczy; opowiedziałem, jak wrócił do Vigor i zaczął uczyć ludzi, jak być Stwórcami, i że już wtedy źle się działo między nim a jego bratem Calvinem.



3 из 372