– Hiszpańska wojna domowa… kiedy to było? – dopytywał się Morten.

– W latach 1936 – 1939. Brali w niej udział ochotnicy z tak zwanych Brygad Międzynarodowych. To była duża formacja, około czterdzieści tysięcy ludzi, wśród nich trzystu pięćdziesięciu Szwedów – odpowiedział Jordi.

Dyskusja toczyła się teraz jakby poza świadomością Unni. Słyszała głosy przyjaciół jak przez mgłę, przepełniały ją smutne myśli. Jordi miał się zająć poszukiwaniem nielicznych potomków don Galinda, nikt jednak nie wspomniał nawet słowem, że ona mogłaby mu towarzyszyć.

Zostać bez Jordiego? Byli razem od chwili, gdy się spotkali. Jakby sobie poradziła sama? Bez jego spokojnego, dającego poczucie bezpieczeństwa uśmiechu? Już samo patrzenie na niego sprawiało jej radość.

Rozejrzała się po rozległej, oszklonej werandzie, na której siedzieli, zaglądała z zewnątrz do salonu. Ten dom, który właściwie miał być tylko na wszelki wypadek, miejscem ostatniego schronienia, gdzie mogli się wszyscy spotkać… ten dom zyskał z czasem na znaczeniu. Polubili to miejsce, Unni wiedziała, że Antonio i Vesla zamierzają zamieszkać w nim na stałe, może nawet spróbują go kupić.

A co będzie z nią? I z Jordim? Jaką przyszłość oni mają? Żadnej. Szczerze powiedziawszy to oni nie mają nawet teraźniejszości. Jordi wyznał jej, że marzy o powrocie do Hiszpanii i choć o tym nie mówił, Unni wiedziała, że te marzenia dotyczą również jej.

Ale to przecież czysta utopia! Nie mogą się nawet do siebie zbliżyć, żadne nie wie, czy doczeka trzydziestego roku życia, niezależnie od tego, jak zdołają wypełnić zadanie, jakie im narzucili rycerze.

A teraz Jordi ma wyjechać, zostawić ją, skrócić jeszcze bardziej ten i tak krótki czas, jaki był im dany.

Czuła, że lodowata dłoń dotknęła jej policzka.

– Nie płacz, Unni. Naprawdę myślałaś, że ja bym wyjechał bez ciebie?

Spojrzała w jego przepełnione ciepłem oczy. Nie zdawała sobie sprawy, że płacze.



10 из 161