
Mogli sobie na to pozwolić, do startu samolotów było jeszcze sporo czasu.
– A jeśli na tych zdjęciach nic nie wyszło? – zastanawiała się pesymistycznie usposobiona Unni, kiedy w urządzonej na chodniku kawiarence wystawiali twarze do słońca. – Wtedy nie będziemy mieli nic, habit zetlał w zetknięciu z powietrzem…
– Fotografowaliśmy tyle i pod tak różnymi kątami, że coś musiało zostać – pocieszał ją Pedro, studiując przy tym uważnie fascynującą fasadę muzeum Guggenheima.
Rodzice Unni, którzy załatwiali sprawę w zakładzie fotograficznym, ukazali się z podłużnymi kopertami w rękach. Wszystko stało się jasne.
Z wielkim ożywieniem zabrali się do oglądania fotografii.
– Świetnie – mruknął Pedro nad jedną ze swoich. – Ale następna jest marna, Unni zasłoniła światło.
– To było wtedy, kiedy zrywałam znak – broniła się dziewczyna.
– Ja zrobiłem bardzo wyraźne zdjęcia – oznajmił Atle. – Ale Unni jest też na jednym z moich.
– Ależ ze mnie rzep! – jęknęła Unni.
– Moje jest bezbłędne – rzekła Gudrun. – W przeciwieństwie do was zaczekałam, aż Unni zdejmie znak.
Porównywali i wymieniali się zdjęciami, żeby wszyscy mogli obejrzeć wszystkie.
W końcu Jordi stwierdził zadowolony:
– Myślę, że złoży się z tego wizerunek znaku. Z wyjątkiem jednego fragmentu na brzeżku, który zamienił się w pył.
– To jest tekst, prawda? – spytała Gudrun.
– I tekst, i znaki – stwierdził Pedro. – Teraz chodzi więc o to, by całość rozszyfrować. To znaczy to, co nie uległo zniszczeniu, pewnie tu i ówdzie powstaną wątpliwości.
Inger rzekła w zamyśleniu:
– Dziwne, że sam Jorge nie rozwiązał zagadki, musiał przecież być bardzo blisko.
– Otóż nie – zaprotestował Pedro łagodnie. – Rozumiem kilka słów z tego, co tu zostało napisane i domyślam się, że on mógł ewentualnie rozwiązać tylko jedną część zagadki. Bo bardzo ważny fragment znajduje się tutaj, co do tego nie może być najmniejszej wątpliwości. Unni wtrąciła:
