
– Jeżeli obraz wyszedł spod jego pędzla, znajdują się na nim odciski palców malarza. I jeśli istnieje ktoś, kto mógłby je odkryć, to tylko ty.
– Z przyjemnością rzucę okiem na każde interesujące cię dzieło.
– Pracujesz teraz nad czymś?
– Właśnie skończyłem Modiglianiego.
– Mam dla ciebie robotę.
– Mianowicie?
– Kilka dni temu zatelefonował do mnie pewien prawnik. Stwierdził, że jego klient jest właścicielem obrazu, który wymaga renowacji. Podobno ten klient chce, abyś właśnie ty się zajął pracą, i jest gotów sowicie wynagrodzić twoje usługi.
– Jak się nazywa ten klient?
– Nie wiem.
– Co to za obraz?
– Nie wiem.
– Więc jak ma przebiegać ta robota?
– Jedziesz do willi, pracujesz przy obrazie. Właściciel opłaca hotel i pokrywa wydatki.
– Gdzie?
– W Zurychu.
W zielonych oczach Gabriela pojawił się błysk, jakby cień wspomnienia. Isherwood gorączkowo przerzucał archiwa swojej coraz bardziej zawodnej pamięci. Czy ja go już kiedyś wysłałem do Zurychu na zlecenie Herr Hellera?
– Masz jakieś zastrzeżenia wobec Zurychu?
– Skąd, Zurych jest w porządku. Ile dostanę?
– Dwa razy tyle, ile właśnie ode mnie otrzymałeś: pod warunkiem, że zaczniesz natychmiast.
– Daj mi adres.
Gabriel nie miał czasu na powrót do Kornwalii po wszystkie potrzebne rzeczy, więc po lunchu wybrał się na zakupy. Na Oxford Street kupił dwie zmiany ubrania i niewielką skórzaną torbę. Potem poszedł na Great Russell Street i odwiedził stary sklep z artykułami malarskimi, L. Cornelissen & Son. Płowowłosa anielica o imieniu Penelope, z którą bezwstydnie flirtował, pomogła mu wybrać podróżny zestaw pigmentów, pędzli i rozpuszczalników. Znała go pod jego fałszywym nazwiskiem. W jego angielszczyźnie pobrzmiewał nikły akcent włoskiego przesiedleńca. Włożyła rzeczy do brązowej torby, którą owinęła sznurkiem. Ucałował ją w policzek. Jej włosy pachniały kakao i egzotycznym kadzidełkiem.
