
– Julie! – zaśpiewał.
– Witaj, Oliver.
– Na Duke Street krążą pogłoski, że zgarnąłeś okrągły milion za swojego Vecellia.
– Gdzie to do jasnej cholery usłyszałeś?
– Tutaj niczego nie ukryjesz, kotku. Powiedz mi tylko, czy to prawda, czy też wstrętne oszczerstwo. – Odwrócił się do Gabriela, jakby dopiero teraz go zauważył, i wyciągnął ku niemu mięsistą rękę ze zdobioną złotem wizytówką, wetkniętą między grube paluchy. – Oliver Dimbleby. Dimbleby Fine Arts.
Gabriel bez słowa przyjął wizytówkę.
– Może wypijesz z nami drinka, Oliver? – zaproponował Isherwood.
Pod stołem Gabriel przydepnął butem stopę Isherwooda i solidnie przycisnął.
– Nie mogę, kotku. Długonoga istota przy tamtym stoliku obiecała, że nasączy mi do ucha nieprzyzwoitości, jeśli postawię jej jeszcze jeden kieliszek szampana.
– Dzięki Bogu! – wycedził Isherwood przez zaciśnięte zęby.
Oliver Dimbleby odszedł, kołysząc biodrami. Gabriel cofnął stopę.
– Tyle tytułem twoich tajemnic.
– Sępy – powtórzył Isherwood. – Teraz jestem na fali, ale kiedy noga mi się powinie, znowu zaczną nade mną krążyć, czekając, aż umrę, aby mogli uraczyć się padliną.
– Może tym razem powinieneś bardziej uważać na to, co robisz z pieniędzmi.
– Obawiam się, że mój przypadek jest beznadziejny. Prawdę mówiąc…
– O, Boże.
– … w przyszłym tygodniu jadę do Amsterdamu, aby przyjrzeć się pewnemu obrazowi. To środkowa część tryptyku, zaklasyfikowana jako dzieło nieznanego artysty, ale ja mam swoje przeczucie. Podejrzewam, że może chodzić o coś z pracowni Rogera van der Weydena. W gruncie rzeczy liczę na pokaźny zysk.
– Obrazy van der Weydena są zawsze trudne do zidentyfikowania. Tylko niewielką część jego dzieł przypisuje się mu bez najmniejszych wątpliwości. W dodatku nigdy nie podpisywał ani nie datował żadnego płótna.
