
– Niby czemu?
– Skąd mogę mieć pewność, że naprawdę pracujesz dla Aragona? Może działasz do spółki z tym swoim chłopakiem. Może należysz do jego komórki. Może zadzwonisz do jego kumpli, a oni tu przyjadą i mnie zabiją.
Uniósł zakrwawiony nóż i przesunął kciukiem po ostrzu. Dziewczyna ściągnęła groźnie brwi.
– Nawet o tym nie myśl! Pieprzony kretyn!
– Zadzwoń do Aragona, a wtedy powiem ci, jak się nazywam.
Usiadła na krawędzi łóżka, złapała słuchawkę i nerwowo wybrała numer. Anglik przysunął się o krok i położył palec na widełkach, przerywając połączenie.
– Co ty sobie do cholery myślisz? Jak się nazywasz?
Zabójca błyskawicznie przejechał ostrzem po jej gardle i odskoczył do tylu, by nie zabryzgała go krew. Potem ukląkł przy swojej ofierze, żeby się przyjrzeć, jak uchodzi z niej życie. Gdy umierała, pochylił się i wyszeptał jej do ucha swoje nazwisko.
Resztę dnia Anglik spędził za kierownicą: pojechał drogą szybkiego ruchu z Vitorii do Barcelony, potem nadmorską autostradą, przez granicę, do Marsylii. Wieczorem wszedł na pokład promu pasażerskiego wyruszającego w nocny rejs na Korsykę.
Ubrał się jak typowy Korsykanin: miał luźne bawełniane spodnie, skórzane sandały i gruby sweter, chroniący przed jesiennym chłodem. Ciemnobrązowe włosy były krótko przycięte. Popelinowy garnitur i kapelusz z rondem, które nosił w Vitorii, spoczywały w koszu na śmieci obok przydrożnej kawiarni w Bordeaux. Siwą perukę wyrzucił przez okno do wąwozu podczas przejazdu przez góry. Samochód, zarejestrowany na Davida Mandelsona, jedno z jego licznych fałszywych nazwisk, zwrócił do wypożyczalni.
Zszedł do swojej kabiny – jednoosobowej, z prysznicem i toaletą. Zostawił na koi małą skórzaną walizkę i wrócił na pokład. Prom był niemal pusty, zaledwie kilka osób zebrało się w barze, by wypić drinka i coś zjeść. Czuł zmęczenie po tak długiej jeździe, lecz jego silne poczucie wewnętrznej dyscypliny nie pozwalało mu udać się na spoczynek przed uważnym przestudiowaniem twarzy pasażerów.
