
– Mama! – krzyknęła. Skrzypce z hukiem upadły na podłogę.
Gwałtownie, bez pukania, otworzyła drzwi do gabinetu ojca. Spodziewała się, że zastanie go za biurkiem, zgarbionego nad jakimiś księgami, lecz on przycupnął na krawędzi fotela z wysokim oparciem, ustawionego przy kominku. Miał drobną, niepozorną sylwetkę i jak zwykle włożył niebieski blezer i krawat w paski. Nie był sam. Drugi mężczyzna nosił okulary przeciwsłoneczne pomimo półmroku w gabinecie.
– Co ty u licha wyprawiasz? – warknął ojciec. – Ile razy mam cię prosić, abyś szanowała moją prywatność? Nie widzisz, że właśnie prowadzę ważną rozmowę?
– Ale tato…
– I włóż na siebie coś przyzwoitego! Dziesiąta rano, a ty ciągle chodzisz w szlafroku.
– Tato, muszę…
– To może zaczekać, aż skończymy.
– Nie, tato, nie może! – wrzasnęła tak głośno, że mężczyzna w okularach się wzdrygnął.
– Wybacz, Otto, ale obawiam się, że maniery mojej córki znacznie ucierpiały po tak wielu godzinach spędzonych samotnie, wyłącznie z instrumentem. Mogę cię przeprosić? To potrwa tylko chwilę.
Ojciec Anny Rolfe z ogromną pieczołowitością troszczył się o ważne dokumenty, a list, który wyciągnął z grobu, nie był wyjątkiem. Gdy go przeczytał, szybko podniósł wzrok, jakby obawiając się, że ktoś mógłby podczytywać mu przez ramię. Anna dostrzegła to przez okno w sypialni.
Kiedy ruszył z powrotem ku willi, popatrzył w jej okno i wtedy ją spostrzegł. Przez chwilę uważnie mierzyli się wzrokiem. Przyglądał się jej bez cienia współczucia ani wyrzutów sumienia. W jego źrenicach czaiła się podejrzliwość.
Odwróciła się od okna. Stradivarius leżał tam, gdzie go upuściła. Podniosła instrument. Usłyszała, jak na dole jej ojciec informuje gościa o samobójstwie żony. Przycisnęła skrzypce do szyi, położyła smyczek na strunach i zmrużyła powieki. G-moll. Rozmaite schematy pasaży. Arpeggia. Małe tercje.
– Jak ona może grać w takiej chwili?
