
– Każdy dokonuje w życiu wyborów, prawda? – stwierdził przy okazji rekrutacji Isherwooda. – Nie zdradza się swojego kraju, uczelni, rządu, trzeba strzec swojego narodu, swojego plemienia, bo w przeciwnym razie jakiś austriacki szaleniec albo rzeźnik z Bagdadu znowu spróbuje przerobić nas na mydło, co, Julian?
– Święte słowa, Herr Heller.
– Nie zapłacimy ci ani funta. Twoje nazwisko nigdy nie znajdzie się w naszych aktach. Od czasu do czasu wyświadczysz mi przysługę. Bardzo wyjątkową przysługę dla bardzo wyjątkowego agenta.
– Doskonale. Świetnie. Gdzie mam się stawić? Jakie przysługi? Nic szemranego, jak rozumiem?
– Powiedzmy, że muszę wysłać go do Pragi. Albo Oslo. Lub do Berlina, nie daj Boże. Chciałbym, abyś znalazł tam dla niego legalną pracę. Jakąś renowację. Ustalanie autentyczności. Konsultacje. Coś odpowiedniego do czasu, który tam spędzi.
– Nie widzę problemu, Herr Heller. A propos, jak się nazywa ten agent?
Agent miał wiele nazwisk, przyszło teraz Isherwoodowi do głowy, gdy przyglądał się nadchodzącemu mężczyźnie. Jego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Gabriel Allon, a charakter jego tajnej pracy dla Shamrona ujawniał się przy okazji pozornie niewiele znaczących zachowań. W specyficzny sposób zerknął przez ramię, przemykając przez przejście z Duke Street. Pomimo bezustannego deszczu nie raz, lecz dwa razy okrążył podwórze i dopiero wtedy zbliżył się do solidnych drzwi galerii i nacisnął guzik dzwonka do Isherwooda. Biedny Gabriel. Jeden z trzech lub czterech najlepszych na świecie ludzi z branży, a nie potrafi chodzić prosto. Dlaczego? Po tym, co się stało jego żonie i dziecku w Wiedniu… Po czymś takim każdy by się zmienił.
Był nieoczekiwanie przeciętnego wzrostu. Poruszał się płynnie i pozornie bez wysiłku.
