
Isherwood zamówił faszerowaną solę i sancerre* [Sancerre – białe wytrawne wino francuskie.], Gabriel czarną herbatę i miseczkę consomme. Przypominał Isherwoodowi prawosławnego mnicha, który żywi się zjełczałym owczym serem i twardymi jak beton podpłomykami. Rzecz w tym, że Gabriel mieszkał w ładnym domu nad strumieniem, w Kornwalii, a nie w klasztorze. Isherwood nigdy nie widział go przy przyzwoitym posiłku, nie zauważył, aby się uśmiechał lub podziwiał atrakcyjne kobiece biodra. Nigdy nie pożądał rzeczy materialnych. Miał tylko dwie zabawki: stary samochód MG i drewniany żaglowiec o dwóch masztach; obydwa samodzielnie odnowił. Słuchał muzyki operowej na wstrząsająco małym, przenośnym odtwarzaczu płyt kompaktowych, poplamionym farbą i lakierem. Wydawał pieniądze wyłącznie na bieżące potrzeby. W swojej niedużej kornwalijskiej pracowni miał więcej zaawansowanych technicznie urządzeń niż wydział konserwacji Tate Gallery.
Gabriel niewiele się zmienił przez te ćwierć wieku, od kiedy się poznali. Wokół jego czujnych oczu pojawiło się kilka nowych zmarszczek, przybyło mu też parę kilogramów. Tamtego dnia był praktycznie chłopcem, cichym jak mysz kościelna. Nawet wówczas jego włosy przeplatała siwizna, cecha dziecka, które wykonywało pracę dorosłego.
– Julian Isherwood, a to Gabriel – wyjaśnił Shamron. – Zapewniam cię, Gabriel jest człowiekiem wybitnego talentu.
