
Mężczyzna niedługo się wahał. Prawie bez namysłu wsunął jej rękę pod spódnicę. Kiedy upewnił się, że jest gotowa, nie tracił czasu. Skończyło się na gorących uściskach na sianie w stajni, a zachowanie damy trudno było nazwać choćby biernym. Parobek wkrótce opuścił gospodarstwo i nigdy więcej nie powrócił.
Pozostawił jednak coś po sobie. Ku pośmiewisku i drwinom całej parafii zadzierająca nosa małżonka oficera nie zdołała ukryć, że obcowała z mężczyzną, podczas gdy jej mąż, jak wszystkim wiadomo, przebywał w obcym kraju. Stanowiła żywy dowód, że nawet w wieku czterdziestu lat można zachować płodność.
Jeszcze przed powrotem męża do domu dama powiła córeczkę, niepodobną ani do niej, ani też do oficera, podobną jednak jak dwie krople wody do włóczęgi, który wędrował przez wieś trzy ćwierci roku temu.
Ileż było gadania! Chodziło wszak o damę, która zawsze tak się wywyższała, uważała za lepszą od innych gospodyń z Bergunda! To było jak manna dla zranionych dusz! Na nic się zdały jej zapewnienia, że ów niebezpieczny człowiek dopuścił się gwałtu, gdyż jedna ze służących, której także młodzieniec wpadł w oko, śledziła go chyłkiem, nikomu się z tego nie zwierzając, i nakryła kochanków w stajni. I nigdy przedtem nie widziała, by gwałcona kobieta dosiadała mężczyzny jak konia, jęcząc z rozkoszy!
Wybuchł skandal nad skandale. Dama nie mogła już pokazać się między ludźmi. Musiała kryć się przed wyzwiskami, którymi ją obrzucano, salwami śmiechu i ludźmi spluwającymi na jej widok.
W końcu, pewnego dnia, przesłonięta mrokiem wieczoru, przekradła się do Erlanda z Backa, który akurat przebywał w domu przez kilka tygodni. Tam padła na kolana, błagając:
– Mój drogi, bądź tak dobry, ulituj się nad nieszczęśliwą kobietą! Służysz czasami pod rozkazami mojego męża. Przekaż mu moje pozdrowienia i powiedz, że niczemu nie jestem winna. Niech nie słucha tego, co mówią we wsi! Miej litość nade mną!
