
Ponieważ jednak był on tylko jej bożyszczem, a nie obiektem pierwszej dziewczęcej miłości – na to była jeszcze za młoda – odpowiadało jej bardzo, że ulubieniec mieszka w innym kraju.
Nigdy do siebie nie pisali, takie głupstwa Tulę nie obchodziły. Chłopiec stał się jednak jej przewodnią gwiazdą i całe szczęście, bowiem świadomość, że jest on normalnym człowiekiem, sprawiała, że potrafiła w czas się hamować, zanim za daleko posunęła się z czarami. Musiała nauczyć się oceniać i rozróżniać. I, na przykład, nie mściła się na Amalii, kiedy przyjaciółka spędzała czas z innymi dziewczynkami. Darowała też babci Siri, kiedy ta zabroniła Tuli patrzeć, jak prowadzono krowę do byka. (Swoją drogą Tula i tak wszystko widziała.) Nie wyrządziła też żadnej krzywdy swym licznym wujom i ciotkom z Backa, rodzeństwu taty Erlanda, choć niektórzy ogromnie ją irytowali, tacy byli głupi i powolni. Ale mimo wszystko to jej bliscy krewni i w pewien sposób ich lubiła. Dostrzegła jednak, że jej ukochany ojciec jako jedyny z całej tej gromady miał trochę oleju w głowie. Nie za dużo, nie tyle, by mądrość mu ciążyła, ale miał swój zdrowy chłopski rozum. No i był taki dobry i dla niej, i dla mamy Gunilli, taki kochany, że można go było zjeść.
Właściwie ojciec i matka Tuli bardzo się od siebie różnili, ale rozumieli się dobrze i darzyli wzajemnym szacunkiem. Tula wiedziała, że jej matka wiele przeszła we wczesnej młodości, babcia jej o wszystkim opowiedziała. Ale ojciec zawsze okazywał matce Tuli cierpliwość, dodawał otuchy, kiedy zaczynała bać się ludzi, uspokajał, gdy dręczyły ją przykre wspomnienia.
