
Podskokami zbliżyła się do drabiny i zaczęła schodzić w dół. Wkrótce już jej nie widział.
Ale i sędzia Posse zniknął mu z oczu.
Olle-Drań przeklinał długo i szpetnie.
Kilka dni później znów nadarzyła się szczęśliwa okazja. Dziedzic chciał załatwić jakąś sprawę u proboszcza parafii Bergunda. Pojechał sam, a do domu wracać miał o zmierzchu, aleją.
Kiedy tylko słońce zaczęło chylić się ku zachodowi Olle-Drań przekradł się cichcem do alei. Tam przez całą szerokość drogi rozpiął między dwoma drzewami cienką, bardzo mocną linkę. Na odpowiedniej wysokości, tak przemyślnie, że koń musiał się potknąć. A hrabia Posse zawsze gdy wracał do domu aleją, jechał bardzo szybko…
Świetnie! Pułapka została zastawiona. Zadowolony z siebie Olle przyjrzał się swemu dziełu i zawrócił ku dworowi. Nie planował wcale powrotu do domu, miał raczej zamiar ukryć się gdzieś w połowie drogi, by móc we właściwym czasie usunąć ślady zasadzki.
Nie dotarł jednak daleko, kiedy z tyłu dobiegł go słaby głosik:
– Wujku Olle-Draniu!
Co takiego? Otwarcie posługiwano się jego przezwiskiem?
Usłyszał za sobą drobne kroczki. Przystanął.
Tula, zdyszana, wydusiła z siebie:
– Zapomniałeś… zapomniałeś o… sznurku. Okropnie trudno… było… go… odwiązać. Proszę!
Omal nie pękła z dumy, że mogła się do czegoś przydać.
W miarę jak jego ociężały umysł zaczynał pracować, narastała też irytacja. Olle wyszarpnął dziecku powróz z rąk.
– Pilnuj swego nosa, smarkulo! – parsknął i odszedł od niej, kipiąc ze złości. Dopiero teraz wściekł się naprawdę.
