Daleko w alei rozległ się tętent końskich kopyt. Jeździec zbliżał się z każdą chwilą. Olle-Drań nie zatrzymał się i nie nasłuchiwał, skręcił jedynie w bok, by nikt go nie widział.

Kolejna okazja nadarzyła się wtedy, kiedy Olle-Drań naprawiał dach. Przypadkiem właściciel dworu znalazł się tuż pod nim. Olle trzymał w dłoni ciężką dachówkę. Wystarczyło wypuścić ją z ręki i szybko przemieścić się na drugą stronę, nie będąc zauważonym przez nikogo.

– Wujku Olle-Draniu! – rozległ się z oddali znienawidzony cienki głosik. – Ale jesteś wysoko! Czy mogę się do ciebie wdrapać?

Stał tak, trzymając dachówkę w dłoni, gotów do skoku na drugą stronę. A na trawniku stała Tula. Dziedzic i zarządca dworu postąpili o krok do tyłu i zadarłszy głowy wpatrywali się w niego.

Przekleństwo! Cholerny dzieciak! Pomiot Szatana!

Olle-Drań nie wiedział, ile racji kryło się w tym ostatnim określeniu.

A potem dziedzic wrócił do Sztokholmu.

Lecz synowie zostali! Dziedzic miał sześciu synów, ale w obejściu najczęściej można było spotkać kręcącego się wokół zabudowań gospodarczych Arvida Mauritza Possego. Że też Olle wcześniej nie wpadł na taki pomysł! Jeszcze straszniejsza zemsta: syn! Gdyby został zabity, co powiedziałby na to wielki pan sędzia Arvid Erik Posse?

A przecież takiemu kurczakowi o wiele łatwiej skręcić kark.

Snuł nowe plany…

Okazało się jednak, że i tym razem będą kłopoty. Synowie Possego z wielką sympatią odnosili się do tego nieznośnego dzieciaka z domu pisarza, tej smarkuli, która, jak się zdawało, potrafiła być na Bergqvara jednocześnie wszędzie. Przecież ona swą dziecięcą naiwnością już niezliczoną ilość razy zdołała obrócić wniwecz plany Ollego, to ona sprawiła, że niemal dławiła go bezradność. Zawsze była przy którymś z synów dziedzica, pełna podziwu włóczyła się za nimi. A ci idioci wydawali się zadowoleni, pochlebiało im jej uwielbienie, lubili, widać, jej szczebiotliwy śmiech, który rozbrzmiewał dokoła i wdzierał się Ollemu-Draniowi w uszy.



6 из 190