
– Troy?! – Kreol wrzasnął tak, że przestraszeni ochroniarze odsunęli się. Zazwyczaj po takim krzyku następował wybuch niekontrolowanej magii. Jednak nieznajoma wcale się nie przestraszyła; bez względu na to, kim była, Kreol nie budził w niej strachu. – Lepiej niech mnie zjedzą Stwory z Lengu niż miałbym pracować z tym pomiotem robaka i hieny! Dzielić się z NIM?!
– Sam widzisz, mój przyjacielu? A z iloma innymi, silnymi magami z waszej Gildii zgodziłbyś się podzielić? Czy jest tam ktoś pożyteczny? Taki, na którym można polegać? Podasz chociaż jedno imię?
Kreol zmarszczył brwi, rozmyślał przez chwilę, a potem westchnął ze smutkiem.
– He-Kel i Szamszuddin nie żyją. Hiro rozstał się z tym światem, Mei’Knoni zaprzedała duszę Lengowi. Poza nimi nie ma w tej przeklętej Gildii nikogo, komu bym ufał…
– Jak w takim razie zamierzasz działać? Może dogadasz się z dżinnami? Wielki Chan ostrzy sobie na ciebie zęby od czasu, gdy porwałeś mu to nędzne nic, przez pomyłkę zwane dżinnem…
Usłyszawszy ostatnie zdanie, Hubaksis fuknął obrażony, ale nie ośmielił się zaprotestować. Co więcej – podfrunął wyżej, a potem całkiem zniknął w bezchmurnym niebie. Kreol niezbyt lubił, gdy dżinn podsłuchiwał jego rozmowy z tym akurat gościem.
– Myślałem o umowie z Hwitaczi… – ostrożnie zauważył Kreol.
– Tego tylko brakowało! To jakbyś zamienił hienę na lwa! Hwitaczi nic nie obchodzi nasz świat, ale jest teraz silny jak nigdy! Jeśli ich zaprosisz, najpierw zjedzą Leng, a nas – na deser! Jak myślisz, co dostaniemy ty i ja, gdy przez Leng przetoczy się Zielony Ogień?
