
Persepolis-sen, było miejscem znacznie bardziej interesującym. Większość odwiedzających je ludzi przybywała tu nie we własnym ciele, lecz przez oneirochronon, i dwa pałace nakładały się na siebie, tworząc skomplikowaną i trudną do ogarnięcia konstrukcję. Archonci i senatorowie Ziemi2 kroczyli po korytarzach, dysputując z ludźmi dla innych niewidzialnymi. Korytarze, w rzeczywistości kończące się ślepo, w świecie oneirochronicznym miały drzwi i odgałęzienia. Prowadziły do pałaców, dominiów, grot i fantazji, które nie istniały na Ziemi2 ani nigdzie indziej, ale stanowiły specjalne siedziby oneirochronicznych Aristoi, których ciała od wieków znajdowały się w grobie. W pałacach mieszkańcy tańczyli, prowadzili dyskusje, ucztowali i kochali się — od dawna istniała wśród nich rywalizacja w tworzeniu dla siebie wzajemnie najbardziej oszałamiających wrażeń zmysłowych, rozkosznych nierealności bardziej zaskakujących, bardziej „prawdziwych” niż wszystko, czego mogli doświadczyć w postaci cielesnej.
Do Persepolis-snu przybył Gabriel. W głowie brzęczały mu natrętne demony, ale trzymał je na wodzy.
Gdyż Persepolis to miejsce, gdzie demony, na równi ze snami, były wspólne.
Kilka dni przed przybyciem do Persepolis, w migoczącym przedświcie na Illyricum, Gabriel jak duch prześlizgiwał się przez ogrody. Woń pachnideł znaczyła jego ścieżkę, nasycając nieruchome powietrze. Czasami miał ochotę pozostać po prostu samym sobą: jego daimony spały lub zajmowały się własnymi sprawami, a wszystko wokół tchnęło spokojem, doskonałością tego właśnie ogrodu, który Gabriel założył w oneirochrononie, zanim wytworzył go w Świecie Zrealizowanym.
Prostokąty baterii słonecznych umieszczonych na Rezydencji, Galerii z Czerwonej Łąki i Jesiennym Pawilonie odznaczały się na tle ciemnego jeszcze nieba, zaczynały chwytać pierwsze promienie poranka na warstwy matowoczarnego fotoczułego polimeru przetkanego czystym złotem.
