* * *

Wyprostowany, rozebrany ze skafandra, siedział na eleganckim krześle z kutego żelaza. Nie był już na statku Zebry. Krzesło przymocowano do czegoś bardzo solidnego i starodawnego. Na posadzce z niebieskoszarego żyłkowanego marmuru bajeczne zawijasy przypominały prądy w niesamowicie barwnej mgławicy międzygwiazdowej.

— Dobry wieczór, panie Clavain. Jak się pan czuje? — zagadnął jakiś mężczyzna.

Clavain usłyszał odgłos powolnych kroków na marmurowej podłodze. Podniósł wzrok i rozejrzał się.

Znajdował się w wielkiej oranżerii. Między kolumnami z żyłkowanego czarnego marmuru wznosiły się na parędziesiąt metrów drobno segmentowane okna, które w górze wyginały się i łączyły na szczycie. Po kratach-podpórkach pięła się bujna zielona winorośl niemal do sufitu. Wśród krat stały wielkie donice z rozmaitymi roślinami, których Clavain nie potrafił zidentyfikować. Rozpoznał tylko drzewa pomarańczowe i jakiś gatunek eukaliptusa. Nad Clavainem górowała wierzba; zwisające gałęzie tworzyły zieloną kotarę, przesłaniającą mu widok z kilku stron. Drabiny i kręcone schody prowadziły na galerie okalające wnętrze oranżerii. Gdzieś z boku dobiegał odgłos ciurkającej wody, najprawdopodobniej z małej fontanny; Clavain nie mógł jej jednak zobaczyć. Powietrze było chłodne i rześkie.

Mężczyzna stanął przed nim. Tego samego co on wzrostu, miał podobne ciemne ubranie, ale podobieństwa na tym się kończyły. Zaczesanych do tyłu gładkich włosów prawie nie tknęła siwizna. Clavain ocenił, że nieznajomy jest fizjologicznie dwadzieścia do trzydziestu lat młodszy od niego. Był dobrze zbudowany, miał na sobie wąskie czarne spodnie i czarny kitel do kolan, nad pasem zapięty na zatrzaski. Pierś i stopy były gołe.

Zaplótł ręce na piersi i patrzył na Clavaina z rozbawieniem i lekkim rozczarowaniem.



10 из 342