
- No, to pokazuj, co tam masz...
W muzeum nie było okien. Na ich miejscu umieszczono barwne malowidło podświetlone od spodu elektrycznymi lampami - dawne miasto o zapomnianej już nazwie, zniszczone kiedyś całkowicie przez apokalipsę i odtworzone z zachowanych grawiur. Naprzeciwko, w oszklonej gablocie leżały na długich poduszeczkach okopcone kawałki metalu, a wyżej, na ścianie, ułożone z miedzianych liter czyjeś powiedzenie: „Dopóki pamiętamy o zaginionych cywilizacjach, historia toczy się dalej”.
Lidka spięła się wewnętrznie.
- Chodźmy. Chucherko...
- Mam swoje imię - odcięła się dziewczyna, raczej dla zasady. Dawno już przestała się irytować z powodu przezwiska, a w ustach Sławka brzmiało ono prawie pieszczotliwie.
- Chodźmy, pokażę ci nowy eksponat...
Fotografia w istocie była nowa, matowa i barwna. I wielka - miała prawie metr wysokości: przez dym i języki ognia patrzyła na Lidkę jak żywa wielka i paskudna glefa.
Lidka aż się żachnęła.
- Przestraszyłaś się? - umyślnie niedbałym tonem zapytał Sławek.
- Obrzydlistwo - stwierdziła Lidka, nie patrząc na fotografię. - Po co to pokazywać?
- A po to, że niedługo one zaczną wyłazić z morza - Sławek pouczająco podniósł palec do góry. - Powinniśmy być przygotowani...
- Wcale nie zamierzam ich oglądać!
- A widzisz, stchórzyłaś! A są tacy odważni, ci, co je fotografują! To autentyczna fotografia, osiemnaście lat była pod specjalna ochroną...
Lidka jeszcze raz obrzuciła fotografię szybkim spojrzeniem. Potem spojrzała na Sławka i drwiąco zmrużyła oczy:
- Pod specjalną ochroną? Osiemnaście lat? Posłuchaj, to podróbka. W dzieciństwie też rysowałam glefy. Mistyfikacja...
Sławek nadął się z urazą.
- Powtórz to.
- Mi-sty-fi...
Sławek szybko się pochylił i chwycił wargami dłoń Lidki. Dziewczynę natychmiast obleciał strach i zrobiło jej się głupio: nigdy by nie podejrzewała sympatycznego skądinąd chłopaka o zdolność do takich głupich postępków.
