
- Trochę się przeliczyła - stwierdził papa ze współczuciem w głosie. - To jak bieg na długi dystans - nie można od razu ujawniać wszystkich atutów...
- Zostało pięćdziesiąt sekund! - zawołała prezenterka.
Akurat w tym momencie scenograf, czując, że szansę na zwycięstwo wymykają mu się z rąk, z głośnym okrzykiem zdarł z siebie kombinezon, przyjął dostojną pozę i w naturalny sposób zrosił audytorium, niebywale udatnie naśladując znaną całemu miastu fontannę. Struga - niezwykle długa i rzęsista, tańczyła w świetle reflektorów, a spojrzenia promyczki zaczęły się niepewnie miotać. Mama sięgnęła po omacku, szukając na tapczanie pilota.
- No, tego już za wiele. Tfu, do czego to dochodzi...
- Wygra - stwierdził filozoficznie papa. - Ale nie wyłączaj, zaraz mu się wyczerpie zbiorniczek...
- Brawo! - kwiczała prowadząca. - Nasz Eugeniusz wygra konkurs! Jeszcze trzydzieści sekund i...
Wydmuchiwacz szkła, który do tej pory jakby nie brał udziału w konkursie, wyciągnął skądś tubkę, która Lidce wydała się podobna do flakonu perfum i nie wiadomo dlaczego, zaczął oblewać swój kombinezon.
- A mówili, żadnych akcesoriów - z naganą w głosie stwierdził papa. - Wykluczą go za złamanie reguł.
- I tak nic mu się nie świeci - orzekła mama.
- No, dalej, chłopcy! - prezenterka zaczęła podskakiwać, ryzykując, że połamie wysokie obcasy pantofelków. - Jeszcze dwadzieścia pięć sekund i...
Wydmuchiwacz szkła nagle uniósł ręce nad głową i krzyknął: - Śmierć!
Głos miał, jak zgrzyt żelaza po szkle. Załamujący się i jednocześnie silny, przenikający słuchaczy do szpiku kości. - Śmierć! Wszystkim! Dziewiątego... czerwca... Wydmuchiwacz szkła miał godną aktora dykcję - w każdym razie każde z jego słów wszyscy usłyszeli bardzo wyraźnie.
