
Żeby tylko kobiety zgromadzone w pokoju przestały wciąż powtarzać, jakie to tragiczne, że Viljar i Belinda z Ludzi Lodu zginęli oboje jednocześnie! Nie chciał tego słuchać. Najchętniej zatkałby sobie uszy rękami, ale wtedy upuściłby dziecko.
Żółte wąskie oczka zwróciły się ku niemu, na wpół jeszcze ślepe szukały jego twarzy. Makabryczne rysy krzywiły się niecierpliwie za każdym razem, kiedy Henning musiał umoczyć gałganek w mleku.
– Niczego się nie bój, Ulvarze – mówił do niego uspokajająco. – Henning jest przy tobie. Możesz na mnie polegać, ja jestem twoim przyjacielem i nigdy cię nie opuszczę. Nie słuchaj tych głupich bab, bo mama i tata zaraz wrócą, a wtedy będziemy mieć bardzo dobrze. Bo wiesz, oni są strasznie kochani, oboje.
Diabelskie oczy patrzyły na niego bez wyrazu.
Pamiętał, co powiedzieli czarni aniołowie, kiedy stali obok dzieci w cichą noc:
„Od jednego z nich przyjdzie ten, który podejmie walkę z Tengelem Złym. Drugi z chłopców ma do spełnienia inne zadanie. Obaj są darem naszego władcy dla Ludzi Lodu.”
Który z nich jest którym?
To nie ma znaczenia. Henning będzie się zajmował obydwoma. Będzie ich traktował tak samo.
Mały, dzielny Henning. Był zbyt młody, żeby wiedzieć, iż nie można dwojga dzieci traktować najzupełniej tak samo. Ci rodzice, którzy starają się być sprawiedliwi wobec swoich dzieci aż do najdrobniejszych szczegółów, zawsze wobec jednego z nich są niesprawiedliwi. Bo same dzieci mają różne oczekiwania i różnie pojmują świat.
W końcu obaj chłopcy zostali nakarmieni, a gromada bab gadała tak, że Henningowi mało głowa nie pękła. Nadchodził wieczór, Henning nade wszystko potrzebował snu, ale skąd wziąć czas! Inwentarz trzeba nakarmić, i…
