— Bzdura — powtórzył Wadim. — Naprawdę nie rozumie pan, że to bzdury? Takie rzeczy się nie zdarzają…!

I wtedy rozległ się nieoczekiwany, przerażający krzyk Timofieja Jewsiejewicza:

— Wadimie Daniłowiczu! Niechże się pan zastanowi! Niech pan nie oszukuje towarzyszy! Przecież pan może! Niech się pan nie sprzeciwia, niech pan zrobi to, czego chcą…

— Mój Boże… — Wadim popatrzył na niego z przerażeniem. A pan skąd…?

— Wszystko wiem! — Timofiej Jewsiejewicz nadal siedział w kucki, jakby załatwiał potrzebę fizjologiczną, i z tej żałosnej pozycji wygłaszał swój tekst, trzęsąc się jak w gorączce i wyciągając oskarżycielsko rękę w stronę Wadima. — Przecież widzą, jak pan nam robi pogodę…! On robi pogodę — powtórzył Timofiej Jewsiejewicz, teraz już w zaufaniu, zwracając się bezpośrednio do Erasta Bonifatjewicza, który całym sobą prezentował nieudawane zainteresowanie rozgrywającą się sceną. — On nie przewiduje pogody, on ją robi!

Gdy jesteśmy zmęczeni obserwacjami, zaczyna padać deszcz. Gdy potrzebujemy dużo obserwacji — pogoda jak złoto! Proszę popatrzeć: na dworze jesień, a u nas upał, chodzimy bez portek… Bardzo potrzebuje teraz obserwacji, żeby było jasne niebo, a nie tak, żeby w nocy nie było widać żadnej gwiazdy…!

— Ciekawe, swoją drogą, ile jest „s” w słowie „Syszczenko”? zapytał ochryple Wadim, a rudy golem położył ogromną łapę na głowie Timofieja. Timofiej Jewsiejewicz od razu zamilkł, jakby go wyłączyli w połowie zdania.

Zrobiło się bardzo cicho i w tej ciszy rozległ się głos Erasta Bonifatjewicza:

— Głos narodu! — powiedział pouczająco. — Vox populi, że tak powiem. Niech się pan nie zapiera, Wadimie Daniłowiczu, bo po co? Wszyscy wszystko od dawna o panu wiedzą. W dziewięćdziesiątym trzecim wszyscy byli pewni, że zwyciężą demokraci. Cały naród radziecki, jak jeden mąż. Tylko pan mówił: nie, moi drodzy, tak nie będzie, a wygra



12 из 261