Żyrynowski. I tak wyszło! W dziewięćdziesiątym czwartym wszyscy byli przekonani, że nie będzie żadnej wojny w Czeczenii, i tylko pan jeden…

— Czego pan ode mnie chce? Nie rozumiem — powiedział Wadim. — Czy pańskim zdaniem jestem czarownikiem?

— Nie wiem — powiedział Erast Bonifatjewicz z emfazą. — Nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć. Chcemy jedynie, żeby w wyborach gubernatorskich zwyciężył człowiek, którego nie wiadomo dlaczego ludzie nazywają Inteligentem, a jak pan to zrobi, to już nas absolutnie nie obchodzi. Czarnoksięstwo? Proszę bardzo, niech będzie czarnoksięstwo. Czary, magia, telekineza… futurokineza, że tak powiem… ależ proszę bardzo. Niech to pozostanie pańskim know — how, my nie pretendujemy do tej wiedzy. Rozumie pan?

— Rozumiem, że zwariowaliście — powiedział Wadim powoli.

Nagle wstał.

— Dobrze — rzekł. — W porządku. Już. Tylko przyniosę papier… — zrobił ruch w stronę namiotu.

Elegancki Erast Bonifatjewicz nawet nie spojrzał w stronę rudego golema, jedynie zerknął kątem oka, a ten jednym, wydawałoby się susem znalazł się między Wadimem a wejściem do namiotu.

— Rudy, czerwony człek nieokreślony — powiedział przytrzymany Wadim i asymetryczna twarz golema wykrzywiła się jeszcze bardziej, jakby zmrużył oczy z wysiłku.

— Czego? — zapytał niezwykle agresywnym, wysokim i ochrypłym głosem.

— Rudy, płomienny podpalił dom kamienny… Wybacz — dodał pospiesznie Wadim. — To nic osobistego. Ja tylko tak, ze strachu.

— Nie zwracaj na niego uwagi, Kieszyk — rzucił niedbale Erast Bonifatjewicz. — To tylko takie żarty. Przestraszył się. To się zdarza. Wadimie Daniłowiczu, niechże pan siada. Co pan, doprawdy, wyskoczył pan jak sprężyna… Jeden mój znajomy mówi w takich wypadkach: proszę usiąść na tyłku… No i co pan tam może mieć w tym namiocie? Jakąś dwururkę? Ale przecież i tak trzeba by ją najpierw wyciągnąć spod sterty różnego chłamu, poszukać nabojów, załadować… Przecież to śmieszne, naprawdę niepoważne. Niech pan da spokój. Lepiej porozmawiajmy.



13 из 261