
— A to już wyłącznie pański problem — powiedział Erast Bonifatjewicz, który przez cały czas słuchał z uwagą i nie przerywał. Czym pan chce, tym niech pan przekręci.
— Ale to niemożliwe!
— My wiemy, że możliwe.
— Skąd pan ma takie informacje, na Boga?!
— Z najpewniejszych źródeł.
— Z jakich znowu źródeł?
— On sam nam powiedział.
— Co? — nie zrozumiał Wadim.
— Nie co, tylko kto. On sam. Rozumie pan, o kim mówię? Domyśla się pan? Sam. On sam. Mój Boże, mógłby się pan domyślić.
— To kłamstwo — powiedział Wadim i zakrztusił się.
— To nie było uprzejme. Powiem więcej: to było chamskie.
— On nie mógł tego powiedzieć.
— A jednak powiedział. Niechże się pan zastanowi, skąd jeszcze moglibyśmy się czegoś takiego dowiedzieć? Komu innemu moglibyśmy uwierzyć?
W tym momencie Timofiej Jewsiejewicz jakby ocknął się z hipnozy. Wydał dziwny, skrzypiący dźwięk, zerwał się z miejsca i rzucił do przodu. Pędził ogromnymi susami, przeskakując przez naciągnięte namioty, biegł slalomem niczym gigantyczny spocony zając z przyklejonymi czerwonymi uszami — wyskoczył z bazy i pomknął w stronę północnego zbocza, prosto na migoczące, widmowe głowy cukrowe Elbrusa.
Wszyscy obserwowali ten bieg jak zahipnotyzowani. W końcu wielkogłowy miłośnik orzeszków zapytał szybko i niewyraźnie:
— Skosić go, dowódco?
— Nie. Po co? Niech sobie biegnie… — Erast Bonifatjewicz uniósł się lekko i ponad namiotem kuchni pomachał komuś laseczką, pewnie tym, którzy zostali przy samochodzie: wszystko w porządku, nie zwracajcie uwagi. — Niech sobie biegnie — powtórzył, siadając na krześle. — On ma swoje sprawy, a my swoje, prawda, Wadimie Daniłowiczu?
Wadim milczał, patrząc w ślad za Timofiejem Jewsiejewiczem.
Ten dalej pędził, przez cały czas slalomem, migając długimi, gołymi nogami w nigdy nieczyszczonych butach z kirzy. Jak na pięćdziesięciokilkuletniego mężczyznę, mającego wnuki i rozliczne choroby, wychodziło mu to całkiem nieźle. Widocznie sam Pan Strach niósł go na swoich bladych skrzydłach i Timofiej Jewsiejewicz nie mógłby się teraz zatrzymać, nawet gdyby bardzo chciał.
