
— Milczy pan — skonstatował Erast Bonifatjewicz, który nie doczekał się nie tyle odpowiedzi, ile w ogóle jakiejkolwiek reakcji ze strony Wadima. — Nadal pan milczy… zapomniał pan o darze wymowy… Cóż, wobec tego rozpoczniemy eskalację. Keszyk, bądź łaskaw.
Јysy nosorożec golem Keszyk podszedł z tyłu i wziął Wadima w swoje stalowe, spocone objęcia — objął go w poprzek tułowia, unieruchomił i przycisnął do składanego fotela. Wadimowi zatrzeszczały kości albo może chrząstki. Nie mógłby się teraz ruszyć. Zresztą wcale nie próbował.
— Uwolnij mu rękę — komenderował tymczasem Erast Bonifatjewicz. — Prawą. O, tak. I przesuń się, żebym ja mógł widzieć jego twarz, a on moją. Dobrze. Dziękuję… Niech mnie pan uważnie posłucha, Wadimie Daniłowiczu — kontynuował, przysuwając do twarzy Wadima nieprzyjazną, zapadniętą gębę. — Teraz nastąpi mała lekcja. Żeby pan wreszcie zrozumiał, na jakim świecie pan żyje…
Otworzyć oczy! — wrzasnął nieoczekiwanie na cały głos, podniósł swój czarny wskaźnik i oparł ostre żądło o policzek Wadima, tuż pod lewym okiem. — Zechce mi pan patrzeć prosto w oczy! To będzie ważna lekcja, na całe życie, jakie panu pozostało… Lepa, raz!
Wielkogłowy, mały Lepa uwolnił rękę od orzeszków, wytarł dłonie o spodnie i podszedł do
Wadima, niedbale brzękając szczypcami. To ten połyskujący stalowy dziadek do orzechów — dwie metalowe rączki z zębatymi wycięciami w tym miejscu, w którym były połączone z poprzecznym prętem. Wielkogłowy, mały Lepa zręcznym ruchem chwycił w te zębate wycięcia mały palec Wadima i zacisnął rączki.
— Taki malutki, a taki wre-edniutki… — powiedział Wadim zdławionym głosem. Twarz mu poszarzała, na czoło wystąpiły ogromne krople potu.
