— Bez wygłupów! — rozkazał Erast Bonifatjewicz, wpadając w rozdrażnienie. — Teraz bardzo pana boli, a za chwilę zaboli jeszcze bardziej. Lepa, dwa!

Mały Lepa szybko oblizał wargi i chwycił w szczypce drugi palec Wadima.

— Ej, ty! — zasyczał Wadimowi do ucha rudy golem Keszyk, napierając na niego jeszcze mocniej. — Stój!…

— Dosyć. Wystarczy… — Wadim stracił oddech. — Wystarczy. Zgadzam się.

— Nie — sprzeciwił się Erast Bonifatjewicz. — Lepa, trzy!

Teraz Wadim zaczął krzyczeć.

Erast Bonifatjewicz, niebezpiecznie odchylony na oparcie fotela, obserwował go, bawiąc się czarnym wskaźnikiem z gałką. Na jego twarzy pojawił się wyraz wzgardliwego zadowolenia. Wszystko przebiegało zgodnie ze starannie przemyślanym, niejednokrotnie odegranym scenariuszem. Nieposłusznemu człowiekowi starannie, z kunsztem, zapałem i znajomością rzeczy ściskano palce, tak żeby zahaczyć o podstawę paznokcia. Człowiek zaczynał krzyczeć. Być może człowiek już się zmoczył. Człowiek otrzymywał lekcję, zostawał złamany i zdławiony. W efekcie dostawano to, o co chodziło: człowieka w określonym stanie ducha.

W końcu Erast Bonifatjewicz zarządził:

— Dobrze, wystarczy. Lepa! Powiedziałem: wystarczy!

Lepa i Keszyk wycofali się od razu. Wrócili na swoje pozycje wyjściowe. Jak psy do swoich bud. Psy. Szakale. Oprawcy. Wadim patrzył na swoje posiniałe palce i płakał. Palce puchły szybko, niebiesko-czerwone plamy błyskawicznie zmieniały kolor na grafitowo-czarny.

— Bardzo mi przykro — rzekł Erast Bonifatjewicz poprzednim, delikatnym głosem salonowca. — Była to jednak absolutnie konieczna, wręcz niezbędna lekcja. Nie chciał pan uwierzyć, do jakiego stopnia jest to poważne, a to jest bardzo poważne! Przejdźmy do następnego punktu… — wsunął wąską, białą dłoń za marynarkę i wyciągnął na światło dzienne długą, białą kopertę. — Tutaj są pieniądze. Spore pieniądze. Pięć tysięcy dolców. Dla pana. To zaliczka. Proszę wziąć.



17 из 261