
Długa, biała koperta leżała na stole przed Wadimem, a Wadim patrzył na nią wzrokiem szklistym od zastygłych łez. Miał dreszcze.
— Słyszy mnie pan? — zapytał Erast Bonifatjewicz. — Halo! Niech pan odpowie, wystarczy już tej histerii. A może życzy pan sobie powtórzyć zabieg?
— Słyszę — powiedział Wadim. — Pieniądze. Pięć tysięcy…
— Bardzo dobrze. Należą do pana. To bezzwrotna zaliczka. Jeśli szesnastego grudnia zwycięży Inteligent, otrzyma pan resztę, dwadzieścia tysięcy. Jeśli zaś nie…
— Szesnastego grudnia nikt nie zwycięży — wycedził Wadim przez zęby. — Będzie druga tura.
— To nieistotne — rzekł Erast Bonifatjewicz niecierpliwie. — Nie jesteśmy formalistami. Doskonale pan rozumie, czego od pana chcemy. Jeśli Inteligent zostanie gubernatorem, pan zostanie właścicielem dwudziestu tysięcy. Inteligent gubernatorem nie będzie — pan będzie miał ogromne kłopoty. Ma pan już ogólną orientację, jakie kłopoty mam na myśli.
Wadim milczał, lewą, zdrową ręką przyciskając do piersi prawą, chorą. Nadal wstrząsały nim dreszcze. Już nie płakał, ale patrząc na niego, trudno było wyczuć, czy coś do niego dociera, czy też nadal tkwi w osłupieniu — zgięty na idiotycznym, składanym foteliku, trzęsący się, spocony, blady mężczyzna. Erast Bonifatjewicz wstał.
— To wszystko. Ostrzegliśmy pana. Czas, start. Niech pan zacznie działać natychmiast. Nie ma pan zbyt wiele czasu, żeby przekręcić pańską rurę o ogromnej średnicy. Jak wiadomo — Erast Bonifatjewicz uniósł w górę długi, blady palec — jeśli ma się wystarczająco dużo czasu, nawet małym wysiłkiem można przesunąć górę. Najlepiej będzie, jeśli przystąpi pan do dzieła od razu…
— Jeśli nie ma tarcia… — wyszeptał Wadim, nie patrząc na niego.
— Co? Ach, tak. Oczywiście. Ale to już pański problem. Żegnam i życzę zdrowia. Miłego dnia.
