
Odwrócił się i zrobił krok do przodu, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę:
— Na wypadek gdyby zechciał pan zwiać do Ameryki albo strugać bohatera w inny sposób, ostrzegam. Wiemy, że ma pan matkę, którą bardzo pan kocha. — Twarz Erasta wyrażała wstręt. — Osobiście nie cierpię takiego żałosnego szantażu, ale przecież z wami, parszywcami, inaczej się nie da… — Znowu ruszył i znowu się zatrzymał. — W charakterze zaliczkowej uprzejmości — powiedział, uśmiechając się miło — nie powiedziałby mi pan, kogo postawią na czele FSB?
— Nie — mruknął Wadim. — Nie powiedziałbym.
— Dlaczegóż to? Obraził się pan? Zupełnie niepotrzebnie. Przecież to nic osobistego: to tylko interes, specyfika biznesu, nic poza tym.
— Rozumiem — rzekł Wadim, patrząc mu w oczy. — Doceniam. Mówienie sprawiało mu trudność, dlatego wymawiał słowa ze szczególną starannością, jak człowiek, który sam siebie nie słyszy. — Jednak nie mogę okazać tej uprzejmości. Wiem, czego chcą miliony, ale pojęcia nie mam, czego życzy sobie tuzin naczelników.
— Ach, więc to tak? No cóż, rozumiem, naturalnie. W takim razie wszystkiego najlepszego. Życzę szczęścia i pomyślności.
I poszedł, nie odwracając się już, wymachując swoim czarnym wskaźnikiem — elegancki,
wyprostowany, bezpiecznie chroniony i cholernie zadowolony z siebie. Mały Lepa pospieszył za nim bez pożegnania, w biegu wsuwając do kieszeni swoje szczypczyki — taki malutki, a taki wre-edniutki…! Keszyk zaś zrobił najpierw kilka kroków, żeby dogonić zwierzchnictwo, ale gdy tylko Erast Bonifatjewicz skrył się za namiotem kuchennym, zatrzymał się nagle, odwrócił gębę, wykrzywionąjak od bólu zęba, i nie biorąc zamachu, miękką, tłustą łapą uderzył Wadima w twarz tak, że ten przewrócił się na plecy razem z fotelem i leżał tak z wywróconymi do góry oczami.
Keszyk przyglądał mu się przez kilka sekund, a potem przez kilka kolejnych wpatrywał się w białą, wąską kopertę, która leżała sobie spokojnie na stole. Potem znowu popatrzył na Wadima.
